Argentyna

Dzień 138, 9.03.2019, Paso Sico – Olacapato
65km, 11.2śr, 21.9max, 520m w górę, 5h45m, 8-26°C
Pierwszy dzień jazdy po Argentynie zacząłem z małym falstartem. Rano planowałem dojechać do miasta San Antonio, a popołudniu ledwo doczołgałem się do wioski Olacapato, w której zostałem na noc. Niestety z silnym wiatrem i nierówną nawierzchnią nie wygram na ciężkim rowerze z przyczepą. Cały dzień tarka na drodze i wiatr z przodu. Dużo podjazdów dziś nie było, ale piach i kamienie wystarczająco mnie dziś zmęczyły. Do Olacapato dojechałem na głodzie… Bez śniadania i bez jakichkolwiek zapasów jedzenia w sakwach. Ogólnie potrzebuje już dnia odpoczynku, który planowałem na jutro w San Antonio. Tymczasem dzisiejszy etap podzielę na dwa, właśnie ze względu na fatalną nawierzchnię, a dzień wolny będzie pojutrze. W wiosce Olacapato udało mi się znaleźć sklep, restaurację i alojamiento w jednym miejscu. Oczywiście nie można było płacić kartą, a ja nie posiadałem argentyńskich pesos. Właścicielka zgodziła się jednak wymienić 20$ na pesos, dostałem ich 700. Wystarczyło ma obiad, kolację, śniadanie, małe zakupy i nocleg w dormitorium. W Olacapato nie udało mi się połączyć w WiFi. Próbowałem w szkole, na posterunku policji. Ogólnie dostępne WiFi w wiosce też nie działało. W wiosce nawet kościół był w remoncie, a dworzec kolejowy popadał w ruinę. Ogólnie mało atrakcyjne miejsce. Obok wioski postawiono sporą farmę z kolektorami słonecznymi, nieco dalej była też chyba jakaś kopalnia. Na obiad dostałem talerz makaronu ze sporą częścią kurczaka, a na kolację kawał wołowego mięsa z ziemniakami.

Dzień 139, 10.03.2019, Olacapato – San Antonio de los Cobres
72km, 12.2śr, 42.3max, 740m w górę, 5h52m, 7-24°C
W nocy w dormitorium byłem sam. Pracownicy pobliskiej kopalni zajęli całe drugie pomieszczenie i byli trochę głośni. Na śniadanie tylko kawa, maca i trochę marmolady. Oczywiście wypiłem dwie kawy i poprosiłem o dodatkową macę-tortillę. O ósmej wyuszyłem do miasta San Antonio de los Cobres. Po 30km delikatnego podjazdu wzdłuż torów dojechałem do przełęczy Abra Chorrillo na wysokość 4560m n.p.m, jak informował znak z nazwą przełęczy. Podczas zjazdu zauważyłem pociąg towarowy wspinający się na przełęcz. Okazuje się, że Olacapato to jedna z najwyżej położonych wiosek, a linia kolejowa pod Przełęcz Chorrillo jest najwyższą w Argentynie i sięga ponad 4500m n.p.m. Potem był już tylko zjazd i trochę płaskiego aż do San Antonio. Tylko na nawierzchnia wciąż nie była najlepsza. O 14:00 byłem już w mieście i jadłem zasłużony obiad. Smażone pierożki z serem czyli Empanadas con queso. Wyśmienite! W San Antonio znów poczułem zawód, podobnie jak a San Pedro w Chile. Tylko cztery hotele i zmowa cenowa. Nic tańszego jak 450 pesos czyli 45zł. Zamiast noclegu wolałem zjeść porządną kolację. W mieście jest tylko jeden bank i jeden bankomat, oczywiście w niedziele popołudniu nie działał. Ja dopiero co wjechałem do Argentyny i nie miałem nawet 1 peso w portfelu. Było kilka otwartych sklepów, ale w żadnym nie można było płacić kartą. Musiałem więc czekać do jutra, aż uzupełnią pieniądze w bankomacie lub wymienić ostatnie dolary w banku na pesos. Przez ostatnie kilka dni jechałem z myślą odpoczynku w San Antonio, jednak jutro kiedy tylko dobiorę się do gotówki i zrobię zakupy, jadę dalej. Dzień wolny zrobię za kolejny dzień lub dwa w innym miasteczku. Kolację udało mi się zjeść w hotelowej restauracji, w której była możliwość zapłaty kartą. Spanie w namiocie za kościołem. Mały placyk i murek fajnie mnie osłonił przed wiatrem i gapiami. W Argentynie także trwa teraz karnawał i od popołudnia do północy przebrana w kolorowe stroje połowa miasteczka tańczyła, śpiewała i kręciła się po uliczkach San Antonio.

Dzień 140, 11.03.2019, San Antonio – La Poma
94km, 11.3śr, 46.6max, 1390m w górę, 8h14m, 4-22°C
Nocleg za kościołem bez problemów. Rano ponownie udałem się do hotelu aby zjeść śniadanie. Tam też się przebrałem i wykonałem poranną toaletę. O 8:30 udałem się do banku, bankomat już działał więc wybrałem maksymalną dostępną kwotę czyli 4000 pesos (400zł). Niestety prowizji wynosiła 10%. Mogłem w końcu udać się do sklepu na zakupy i ruszyć w dalszą drogę. Kolejne kilkanaście kilometrów to jazda asfaltem w kierunku dużego miasta Salta. Potem wjechałem na drogę krajową 40, która prowadzi na południe przez przełęcz Abra Acay. Droga była zamknięta dla ruchu, nie było żadnych znaków drogowych i informacji, ale na skrzyżowaniu dróg wjazd na drogę blokowały beczki i pachołki drogowe. Ja postanowiłem spróbować przejechać ten odcinek, inaczej musiałbym objeźdzać spory dystans dookoła. Podjazd z miasteczka San Antonio na przełęcz Abra Acay to ponad 40km i 1100m przewyższenia. Szutrowa droga łagodnie wznosi się w górę, a na górnym jej odcinku jest kilka serpentyn. Po drodze minąłem wiele osiołków, lam i wikunii. Na przełęczy bardzo wiało, tablica informowała o wysokości 4890m n.p.m, jednak moje urządzenia zdecydowanie wyżej. Zjazd w dolinę do wioski La Poma, już bardziej stromy, jeszcze bardziej kręty ale też bardzo atrakcjyjny i malowniczy. Sporo kolorowych skał. Chwilami droga prowadziła wąską nitką po zboczu częściowo zasypanym osuwajacymi się kamieniami. Sądziłem, że właśnie w tego powodu droga była zamknięta. Niżej jednak, kiedy wzddluw drogi zaczął płynąć strumień, droga była w jeszcze gorszym stanie. Na kilku odcinkach droga była zerwana prawie całkowicie. W jednym miejscu pozostali tylko metr szerokości drogi, resztę zabrała woda. Kilka razy musiałem przechodzić przez rwący strumień o głębokości 30-40cm. Kiedy raz przypadkiem zmęczyłem buty, potem już poprostu przechodziłem w butach przez wodę. Końcowy zjazd do wioski La Poma już bardziej płaski. W dolinie do poniżej 3500 metrów zaczęły pojawiać się osady, kaktusy, osiołki. Od skrzyżowania aż do wioski La Poma, nie minął mnie żaden samochód i nie spotkałem nikogo na trasie. W wiosce La Poma zjadłem kolację w jednej restauracji przy hosterii. Ponownie smażone pierożki oraz tamales. Nocleg na darmowym kempingu 300m od głównego placu. Na placu głównym otwarte WiFi, ale bardzo wolne. Na kempingu światło i prąd do dyspozycji, szkoda tylko, że toaleta z prysznicem była zamknięta.

Dzień 141, 12.03.2019, La Poma – Molinos
108km, 14.3śr, 36.6max, 860m w górę, 7h33m, 6-26°C
Przeprawa przez przełęcz Acay kosztowała mnie wiele sił, a rano czułem się zmęczony. Za dwa dni dojadę do miasta Cafayete i tam w końcu zrobię sobie dzień przerwy od jazdy.  Niby przez cały dzień zjechałem 1000 metrów niżej, a na koniec dnia licznik pokazał ponad 800 metrów podjazdów. Pomiędzy miasteczkami Payogasta a Cachi był krórki odcinek starej drogi asfaltowej, a tak cały dzień na zmianę piach, kamienie lub tarka. W Payogasta zjadłem darmowe śniadanie. Zamówiłem dwie kawy, a do kaw dostałem gratisowe bułki i miseczkę karmelu. Za wszystko zapłaciłem 7.50zł 🙂 W międzyczasie po drodze znów złapałem flaka z przodu. I to w nowej detkę którą zakładałem wczoraj pod samą przełęczą. Myślę, że to jakiś mały kamień który wlał się razem w wodą po wczorajszych przeprawach przez strumienie. Na koniec dnia czekał mnie kilkukilometrowy podjazd na małą przełęcz, a potem zjazd do wioski Molinos w której zostałem na noc. Na kolację spora kanapka w miejscowej sandwicherii ze szklanką czerwonego, miejscowego wina. Podobno region Salta i Mendoza słyną ze znanych winnic i win. Jutro będę się trzymał wysokości około 2000m n.p.m. Jest mi tu już trochę za ciepło, a poza tym latają tu komary i muchy końskie,  które oczywiście tylko czekają na okazję kiedy się zatrzymam. Wieczorem nad wioską papugi urządziły sobie skrzeczowisko…

Dzień 142, 13.03.2019, Molinos – Cafayete

Nie takiego dojazdu do miasta Cafayete się spodziewałem. Było ciężko, sporo pod górę, kiepska piaskowa i pofałdowana nawierzchnia i ponownie zbyt dużo podjazdów jak na zjazd w dolinę. Miałbyć szybki zjazd do Cafayete i odpoczynek, a tymczasem to miasta zjechałem jak wypluty. Być może zbyt ciepłe powietrze, od którego się odzwyczaiłem też miało wpływ na moje samopoczucie. Na trasie spotkałem dziś lisa, który jednak nie pozwolił sobie zrobić zdjęcia oraz kondora, który przelatując, rzucił nade mną spory cień. To moje drugie spotkanie w tym olbrzymim ptakiem. Po drodze minąłem ciekawe piaskowe skały Quebrada de las Flechas, które miały nawet 30 milionów lat. Ma dystansie kilku kilometrów przejechałem obok ciekawych formacji skalnych, kanionów, okien skalnych o skośnych, wysokich ścian. Na 10km przed miasteczkiem San Marco w końcu wjechałem na asfalt na drodze numer 40. Myślę, że najtrudniejszą część wyprawy przez pustynię i szutrowe drogi mam już za sobą. Teraz powinno być zdecydowanie więcej nawierzchni asfaltowych. Przed 18:00 wjechałem do miasta Cafayete w którym zostanę na dwie noce. Po kilku próbach znalazłem w miarę przystępny cenowo hostel. Cafayete to miasto turystyczne, więc ceny niestety wyższe… Jutro długo wyczekiwany dzień bez jazdy i odpoczynek.

Paso de Jama – 4200m

Paso Sico – 4092m

Abra el Acay (Acay Pass) – 24°26’12.90″S 66°14’58.91″W – 40
Cerro Torre – 49°18’16.53″S 72°54’53.21″W z 23 – El Chaltén – Tres Lagos

Abra Fundición 5050m
Abra el Acay 4972m
El Aguilar 4895m
Paso de Agua Negra 4780m
Paso de San Francisco 4748m
Abra del Gallo 4630m
Abra de Chorrillos 4560m
Abra del Lizoite 4536m
Pascua Lama 4500m

Abra Veladero* 4,487m

Abra de Sey* 4,463m

Abra Falda Cienaga* 4,442m

Portezuelo de Laguna Brava 4,379m

Abra de Arizaro 4,330m

Abra de Quiron 4,182m