Boliwia

Dzień 112, 11.02.2019, Ancomaines – La Paz
119km, 16.3śr, 45.8max, 510m w górę, 6h08m, 11-28°C
Poranek tak samo jak noc bardzo deszczowy. Dobrze, że miałem daszek nad namiotem, bo inaczej rano był pływał. Wyjazd opóźniony o ponad godzinę. Po 30km dojechałem do miasta Achacucho gdzie chciałem wybrać boliwijską gotówkę z bankomatu. Jedyny bankomat w mieście banku Banco Union nie przyjął jednak moich kart. Musiałem więc wymienić w banku 5$ na boliwijskie boliwiany aby móc kupić coś do picia i jedzenia. Generalnie cały dzień bardzo łatwy i płaski. Przed samym La Paz wjechałem trochę powyżej 4000m n.p.m na płaskowyżu Alpiplano. Musiałem też przeczekać półgodzinny opad deszczu. Widok La Paz z płaskowyżu bardzo mnie zaskoczył. Imponujący widok stolicy Boliwii, która usytuowana jest na znacznym obniżeniu, w dolinie, a poszczególne miasta okalające La Paz wznoszą się kilkaset metrów powyżej na stromych zboczach. Zamiast zjechać do centrum główną drogą, wybrałem najkrótszą drogę, która okazała się bardzo stroma, nawet w nachyleniem 25%. Raz nawet miałem problem się zatrzymać. W centrum La Paz miałem umówione miejsce noclegowe w Casa Ciclista czyli w domu dla rowerzystów.

Dzień 113, 12.02.2019, La Paz, odpoczynek, 0km
Dzień wolny od jazdy poświęcony na formalności związane z paczką, która została wysłana dla mnie z Polski. W paczce znajdują się części rowerowe i odzież niezbędna do kontynuowania wyprawy. Ponieważ boliwijski urząd celny ma swoje procedury, których rzekomo nie dopełniłem, musiałem zapłacić 400Bs. (220zł) kary. Paczka do La Paz dostała 25.01, pierwszą wiadomość od urzędu celnego Aduana dostałem 28.01. W otrzymanym od urzędu mailu napisane było, że mam 48h na dostarczenie numeru N.I.T lub C.I. czyli głównie chodziło o mój numer paszportu. Po przesłaniu mailem numeru paszportu wraz ze zdjęciem paszportu okazało sie jednak, że to urząd ma 48h na dopełnienie formalności, a ja muszę zapłacić karę w wysokości 400Bs. Nierozumiem tylko czemu  urząd czekał prawie trzy dni, zanim skontaktował się ze mną drogą mailową. Dziś zamiast odpoczywać i zajmować się innymi ważnymi rzeczami, przed prawie cały dzień zmagałem się z walką o odzyskanie paczki. Najpierw udałem się do głównego urzędu celnego Aduana National, gdzie wspiano moją sprawę w system, potem poszedłem do biura FedEx, gdzie zapłaciłem karę. Następnie musiałem wrócić do urzędu Aduana. Tam czekał na mnie wynajęty przez urząd agent, który w sumie tylko przetłumaczył na hiszpański spis rzeczy które znajdowały się w paczce i przekazał mi dokumenty oraz wytłumaczył jak dojechać na lotnisko. Za usługę agenta zapłacić musiałem sam, nie podał mi ceny za swoją pracę, więc dałem mu 20Bs. (12zł). Z centrum La Paz wsiadłem więc w bus i pojechałem na lotnisko Alto. Koszt to tylko 2.50zł w jedną stronę, około 17km. Na lotnisku zgłosiłem się do biura urzędu Aduana, przekazałem dokumenty i odczekałem ponad godzinę zanim ktoś z biura zajął się moją sprawą. Okazało się jednak, że część dokumentów zginęła, a na liście przewozowym brakowało mojego numeru paszportu i nie mogli mi wydać paczki. Musiałem więc wrócić do agencji i jeszcze raz przygotować dokumenty. Jutro ciąg dalszy walki o moje rzeczy… Przykro mi, że konsul honorowy do którego wysłałem maila z prośbą o pomoc, nawet nie odpisał na wiadomość. Myślę, że drugi raz nie popełniłbym tego samego błędu i nie wysyłałbym paczki do Boliwii. W kraju, w ktorym nie działa w ogółe państwowa poczta, nawet międzynarodowe firmy kurierskie mają problem z prawidłowym dostarczeniem paczek. Pewnie, gdybym był, w La Paz w dniu kiedy paczka doleciała do miasta, nie było by tego całego zamieszania. A tak, przeżyłem nowe, ciekawe, czasochłonne i kosztowne doświadczenie w stolicy Boliwii, walcząc o odzyskanie paczki, nieznając hiszpańskiego i próbując porozumieć się z urzędnikami nieznającymi angielskiego 😂

Dzień 114, 13.02.2019, La Paz, odpoczynek, 0km
Od rana deszczowa pogoda, ale dziś jak dla mnie może lać cały dzień. Po 7:00 wyszedłem z casa ciclista i udałem się na główną ulicę w celu złapania busa na lotnisko. Tam miałem znaleźć agentkę Marisol, która znała moją sprawę i miała pomóc w odzyskaniu paczki. Na lotnisko dojechałem o 8:30. Udało mi się złapać dopiero czwartego busa, wcześniejsze były pełne. Biuro Marisol było czynne od 9:00, więc do tego czasu zdążyłem zjeść śniadanie i napić się kawy w barze niedaleko lotniska. Niestety nawet agentka Marisol nie bardzo potrafiła pomóc. Odwiedziłem jeszcze biuro FedEx na lotnisku i wróciłem do biura urzędu celnego tuż obok. Pokazałem dokumenty, paszport i znów kazano mi czekać. Zadziwiające jest to, że to z czym urzędnicy mieli problem wczoraj, dziś już było nieważne, a problemem były inne rzeczy. Próbowano podważać zadeklarowaną zawartość paczki, potem brakowało im jakiegoś dokumentu, a na koniec namawiano mnie do wynajęcia kolejnego agenta. Po kolejnej godzinie oczekiwania w końcu znalazł się urzędnik mówiący po angielsku. Spokojnie wytłumaczyłem mu moją sytuację, pokazałem zdjęcie zawartości paczki. Paczka i tak była otwierana i sprawdzana przez urząd, więc doskonale wiedzieli co się w niej znajduje i które rzeczy są nowe, a które używane. Ostatecznie stanęło na tym, że urząd dwukrotnie zawyżył wartość paczki i musiałem zapłacić cło w wysokości 86Bs. czyli około 50zł. Do tego opłata za przechowanie paczki w magazynie 8zł. Kamień z serca jak to mówią, ale jak już wydano mi paczkę to cieszyłem się jak dziecko 👶 Jutro ruszam dalej i z radością żegnam La Paz. Samo miasto jest nawet przyjemne. Jedna główna, zatłoczona busami arteria w środku doliny i poszczególne dzielnice na zboczach po dwóch  stronach centrum. W okolicach głównego placu Plaza Murillo i pod Ministerstwem Pracy akurat trafiłem na protesty kilkusetosobowej grupy niezadowolonych Boliwijczyków. Na ulicach było tyle samo uzbrojonej policji, pojazdy opancerzone 🚔
W La Paz udało mi się zatrzymać w tak zwanym „domu rowerzysty” czyli popularnym w Ameryce Południowej Casa Ciclista. W domu prowadzonym przed Cristiana, wcześniej mieszkali jego sławni w Boliwii rodzice. Mama była poetką, a ojciec malarzem. Do dziś na ścianach pokojów wiszą obrazy 🎨
Dziś drugą połowę dnia spędziłem na serwisie roweru. Wymieniłem tylną oponę i detkę na nową, tarczę hamulcową, łożyska suportu. Dobrze wyczyściłem cały rower i przyczepę z błota. Oczywiście wyczyściłem i przesmarowałem też cały napęd. Od jutra dalsza walka z wysokimi drogami i przełęczami Andów. Wypoczynek się przydał, trochę zaległych czynności udało się wykonać. Nóżka, szewc i fryzjer wciąż w kolejce….

Dzień 115, 14.02.2019, La Paz – La Cumbre
96km, 11.1śr, 51.6max, 2200m w górę, 8h38m, 5-21°C
Poranek z piękną, słoneczną pogodą, aż się chciało wyruszyć w trasę. Zanim wyjechałem ze ścisłego centrum La Paz minęła godzina. Do południa wspinaczka na ponad 4670m n.p.m na przełęcz La Cumbre. Znak z nazwą przełęczy błędnie informował o wysokości 4470m czyli 200 metrów mnie, niż wynosi faktyczna wysokość przełęczy. Do przełęczy słonecznie, dalej kraina deszczowców. Zimno, wiertarznie i mokro. Po kilku  kilometrach zjazdu, przed deszczem schowałem się w poczekalni punktu kontroli antynarkotykowej, nawet zasnąłem na chwilę na krześle. Czekałem około godziny zanim trochę przestało padać. Wtedy ruszyłem w dół w kierunki słynnej Drogi Śmieci, Yungas Road. Pomysł przejechania Drogi Śmierci podczas pory deszczowej jednak nie był dobrym pomysłem. Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, aby trafić na chwilę bez deszczu. Zaraz po tym jak zacząłem dalszy zjazd, rozpadalo się na nowo. Cały mokry i zmarznięty dojechałem do skrzyżowania, gdzie zaczyna się niechlubna Camino de Muerte. Po stromej i kamienistej drodze zjechałem może kilometr. Zrobiłem kilka zdjęć i wróciłem się do głównej drogi nr. 3.  Do wieczora chciałem dojechać ponownie pod przełęcz La Cubre, gdzie na wysokości 4200m znajduje się punkt kontroli antynarkotykowej. Tam, upatrzyłem sobie dwa opuszczone pomieszczenia, w których można przenocować w suchych warunkach. Po 24km i prawie trzech godzinach podjazdu, chwilę po zmroku, udało mi się to. Nocleg w przeciekającym pokoiku, tuż przy drodze, ale z łóżkiem i suchym materacem.

Dzień 116, 15.02.2019, El Cumbre – Viacha
75km, 12.0śr, 51.5max, 860m w górę, 6h12m, 8-21°C
Prawie całą noc i poranek padało. Kilka razy przebudziły mnie zatrzymujące się w punkcie kontrolnym ciężarówki. W deszczu i wciąż mokrym ubraniu ruszyłem w kierunku przełęczy La Cumbre. Im bliżej przełęczy, tym mniej padało, a za przełęczą widziałem przebłyski błękitu. Zadziwiające, jak wysokie góry i płaskowyż Altiplano blokują opadowe chmury przed dalszą wędrówką na zachód. Bardzo łatwo zauważyć tą barierę w tym miejscu. Na przełęczy było już słonecznie i nawet niezbyt zimno. La Cumbre to druga przełęcz w Andach, którą zdobyłem z dwóch stron. Aby dojechać do kolejnego celu z przełęczy wjechałem na szutrową drogę numer 41. Niestety na drodze był remont, pełno wody, błota, a miejscami zapadająca się gęsta, błotniska maź… Przez ponad dwa kilometry i dwie godziny pchałem rower, ciągnąłem rower, próbowałem nieść… Na wysokości 4600m n.p.m, taki wysiłek jest zabójczy. Co chwilę musiałem odpoczywać i łapać oddech. Nawet samochody grzęzły w błocie… Nigdy tak szybko nie opadłem z sił i nigdy na tak długo. Do południa tylko 20km. Po zjeździe do asfaltu prawie godzinę zajęło mi doprowadzenie roweru do porządku. Przez cały dzień odczuwałem skutki tej mordęgi. Oczywiście kolejny cel i to na ponad 5200m n.p.m musiałem odpuścić. Ciężko mi było jechać nawet po płaskim…. W El Alto koło La Paz znów stałem w korku. Winni sami sobie kierowcy busów, którzy wyruszają jak tylko się da i wciskają się na „ciemno zielonych” światłach. Dobrze, że od La Paz miałem już płasko lub nawet lekko w dół, bo wciąż byłem wyczerpany. Droga numer 19 już nie tak zakorkowana, szkoda tylko, że co pół kilometra jest próg zwalniający. Nocleg w hostalu w miasteczku Viacha. Na sam koniec dnia musiałem jeszcze wnieść rower i przyczepę na trzecie piętro hostalu, w sumie jedynego w mieście w samym centrum Viacha.

Dzień 117, 16.02.2019, Viacha – Achiri
113km, 13.3śr, 55.4max, 800m w górę, 8h30m, 12-17°C
Poranek bardzo pochmurny, czarne chmury wisiały nad okolicą. Pierwsze 30km w kierunku granicy z Chile na drodze 19 asfaltowe, potem różne rodzaje szutru. Gdyby nie szuter, dziury na drodze, które mnie spowalniały, dzień można by nazwać odpoczynkowym. Ma całym etapie tylko kilka łagodnych podjazdów. Deszcz straszył cały dzień, ale szczęśliwie mnie omjijał. Obok mnie przeszło też kilka burz. Na trasie minąłem kilka małych wiosek. Nocleg w małym, praktycznie wyludnionym miasteczku Achiri. Widziałem tylko dwa przydomowe sklepiki, dwóch policjantów i dwóch mieszkańców. O nocleg zapytałem jednego z policjantów, okazało się, że na zapleczu posterunku mają pomieszczenie gdzie mogę przenocować. Początkowo chciałem spać w namiocie pod dachem stadionu, ale ten był zamknięty. Za nocleg zapłaciłem 20Bs. czyli 12zł. Łóżko, materac i koc. Poza tym żadnych wygód. Przez pół nocy padało…

Dzień 118, 17.02.2019, Achiri – Visviri
84km, 11.0śr, 41.0max, 1200m w górę, 7h38m, 9-17°
Pierwszy od kilku dni dzień bez deszczu. Do 15:00 cały czas słonecznie, potem kilka kilometrów ode mnie przeszła spora burza, ale nie spadła na mnie nawet kropla. Dzień zakończony w suchym butach. Cały etap drogi numer 19 po szutrze. Rano było grząsko po nocnym opadnie i jechałem wolniej, wkładając w jazdę więcej sił. Dopiero po 10:00 jechało się szybciej. Trochę kamieni, piasku, tarki i pól minowych. Dojazd do granicy z Chile w Charaña-Visviri bardziej górzysty niż wczoraj. W wiosce Berenguela spodobał mi się kolonialny kościół z zabytkową kamienną wieżą i obmurowaniem. Na granicy bez problemów. Kolejne dwie pieczątki w paszporcie i kilka minut w biurach migracyjnych mieszczących się w konterenach. Granica bardzo rzadko uczęszczana. Boliwijski punkt migracjny znajduje się w Chile w wiosce Visviri. Od razu widać znaczną różnicę po przekroczeniu granicy. Od Visviri droga asfaltowa, przyzwoity plac główny. Ale wódeczka i tak prawie nie zamieszkana. Nie znalazłem sklepu, restauracja była zamknięta. Wodę udało mi się nabrać w przygodni. W Chile różnica czasu względem polskiego wynosi tylko 4h. Spanie w jednym z otwartych budynków na dworku kolejowym w Visviri. Miałem jeszcze jechać do drugiej granicy w Tripartito, gdzie znajduje się trójstyk granic Peru, Chile i Boliwii, ale akurat tam przechodziła burza. W przychomi kiedy nabierałem wodę, ostrzegano mnie przed pumami grasującymi w pobliskich górach.

487km
5570m

Chacaltaya – szczyt 5300m – 16°21’13.95″S 68° 7’55.05″W z La Paz
La Paz – stolica Boliwii, najwyżej położona stolica Świata – 3800m

Droga Śmierci – La Paz – Coroico – 3
Płaskowyż Altiplano
Salar de Uyuni – 3664m
Cerro Uturuncu 6008m
Volcán Ollagüe 5868m
Curiquinca 5552m
Sairécabur Telescope 5525m
Volcán Acotango 5509m
Cerro Gigante 5286m
Chacaltaya 5260m
Ch’iyar Qirini 5194m
Lago Laramcota 5134m
Mullu Apachita 5018m
Antenas de Entel 4937m
Abra Laguna Morijon 4901m
Cumbre Apacheta 4871m
Abra Puca Loma 4804m
Rit’i Apachita 4792m
Paso del Condor 4730m
Abra Tres Cruces 4729m