Peru

Dzień 59, 19.12.2018, Namballe – Tamborapa
112km, 14.8śr, 5393max, 1930m w górę, 7h34m, 16-31°C

Pierwszy poranek w Peru deszczowy, musiałem czekać do 7:30 aż przestanie lać. Potem trochę wspinania na 1500 metrów i przejazd przez miasteczko San Ignasio. Tutaj wypłaciłem trochę peruwiańskich soli z bankomatu Banco de la Nation i zrobiłem małe zakupy w jednym z małych sklepów. Większego supermarketu nie udało mi się znaleźć. Za miastem był ponowny podjazd na 1500 metrów, a potem długi, kręty zjazd w szeroką dolinę na wysokość zaledwie 500 metrów n.p.m. Nawet granica była wyżej, bo na 650 metrów. W dolinie minąłem kilka pól ryżowych, upraw ananasów i drzew kokosowych. Po 14:00 zaczęło lać i jak na złość nie miałem się gdzie schować. Dopiero po 10km jazdy w deszczu dojechałem w okolice wioski Chuchuhausi i przeczekałem chwilę pod dachem. Jazda w deszczu w temperaturze powyżej 25°C jest całkiem przyjemna i nawet szybko wszystko poza butami na mnie wyschło. Początkowo nawet chciałem wjechać do wioski Chuchuhausi i zostać tam na noc w jednym hostalu, gdzie nocleg to koszt 8sol czyli niecałe 9zł. Pojechałem jednak jeszcze ponad 20km dalej i na noc zostałem w wiosce Tamborapa, której nawet nie ma na mapach google. Samo hospendaje niezbyt przyjemne, ale po mokrym popołudniu przydało mi się trochę suchego miejsca w nocy. Przynajmniej buty wyschły do rana. Standard w hostalu żaden, tylko łóżko i czysta pościel. Udało mi się jeszcze wyprosić hasło do WiFi od właścicielki, która początkowo twierdziła, że WiFi nie ma.

Dzień 60, 20.12.2018, Tamborapa – Droga 3N
109km, 14.7śr, 1750m w górę, 50.4max, 7h22m, 20-36°C

Po nawet spokojnej nocy, bez budzenia się przez przejeżdżające ciężarówki i poranne pianie kogutów, chwilę po 6:30 wyruszyłem w trasę. Do pierwszego w Peru większego miasta na mojej trasie miałem niecałe 40km.  W Jaen zatrzymałem się na śniadanie i zrobiłem zakupy w dużym supermarkecie. Przejechałem także przez rynek główny na którym stoi niewielka, kolorowa katedra o owalnej kopule. Za miastem wzdłuż drogi było sporo sklepów i straganów oferujących czekoladę z miejscowych ziaren kakao. Przejeżdżając obok niektórych dało się nawet poczuć słodki zapach świeżego kakao. Po raz kolejny zjechałem w dolinę i wysokość poniżej 500 metrów n.p.m. Dopiero od skrzyżowania w miejscu zwanym Chiple, zaczął się podjazd pod miasta Cutervo. Chiple bardziej przypominało bazar, niż małą osadę i skrzyżowanie. Wzdłuż drogi rozłożyło się wielu handlarzy odzieży, owoców i warzyw, przez co w niektórych miejscach nie mogły przejechać auta obok siebie. Cała droga od skrzyżowania do Cutervo jest w trakcie przebudowy, więc na trasie miałem wiele przeszkód, kilka objazdów i sporo błota. Dzień zakończyłem w małej wiosce na wysokości około 1200 metrów, spanie na ławce obok sklepu.

Dzień 61, 21.12.2018, Droga 3N – Chota
109km, 11śr, 46.7max, 2860m w górę, 9h51m, 16-26°C

Bardzo ciężki dzień i błotnista wspinaczka na przełęcz. Prawie cała droga z Chiple do Cutervo była w remoncie, a jeśli nie to wciąż szutrowa z wieloma strumieniami przebiegającymi w poprzek drogę. Piaskowe błoto mocno brudziło rower i przyczepiało się do opon. Kilka razy musiałem się zatrzymywać i przeczyścić szczelinę pomiędzy oponą a błotnikiem bo nie dało się jechać. Na przełęczy po raz kolejny mgła, deszcz i chłód. Dopiero po 13:30 dojechałem do miasta Cutervo z dystansem 43km. Dalsza część dnia to gonitwa do miasta Chota, aby zdążyć przed zmrokiem i znaleźć tani hotel na dwie noce. Kolejne 29km było w dół do doliny rzeki Chotano, następne 35km lekko pod górę, aż do miasta Chota. Miałem jeszcze szanse zostać w hotelu w wiosce Lajas, ale wolałem dojechać do Chota i tam odpocząć. Popołudnie ponownie deszczowe. Dojazd do Chota z wieloma przerwami i już po zmroku. Po kilku odwiedzinach recepcji w końcu udało mi się znaleźć względnie tani hotel na dwie noce, a to znaczyć, że jutro odpoczywam 🙂

Dzień 62,22.12.2018 Chota, 0km, odpoczynek

Po suchej nocy w wygodnym łóżku, rano musiałem zabrać się do roboty. Serwis roweru i zrobienie prania było głównymi priorytetami. Rower musiałem doprowadzić do porządku po wczorajszym błotno-deszczowym etapie. Mycie, smarowanie napędu, ogólny przegląd i zamiana nieco zużytej już tylnej opony, na nową z przyczepki zajęło mi godzinę. Dobrze, że z hamulcami mam na razie spokój, klocki wymieniłem kilka dni temu. Niestety w hotelu nie było pralki, bo hotel miał wynajętą firmę zewnętrzną, więc wszystkie rzeczy musiałem prać ręcznie, dobrze, że chociaż na dachu hotelu był sznurek to mogłem powiesić tam rzeczy. Popołudniu zrobiło się cieplej i słonecznie, więc wybrałem się na spacer po uliczkach Chota. Plac główny z wielką choinką oczywiście prezentował się najlepiej. W jednym ze sklepów kupiłem mleko w tubce i czekoladę. Niestety w Ameryce Południowej czekolad jest mało i są drogie.. Z reguły to jeden z moich podstawowych dopalaczy wysokokalorycznych podczas wypraw. Mimo, że w kilka dolin dalej rośnie kakao, to czekolady nie są tutaj zbyt popularne.

Dzień 63, 23.12.2018, Chota, 0km, odpoczynek
Od rana na zewnątrz deszcz na przemian z ulewą. Do 10:00 jeszcze myślałem nad wyjazdem w trasę, jednak nie przestawało padać. Potem zdecydowałem odpoczywać dalej i drugi dzień z rzędu spędzony w Chota. Rano jeszcze nie wszystko mi wyschło, więc przynajmniej pranie dosuszę do końca. Dzień spędzony na spacerze po mieście, popołudniowej drzemce i nawet udało się obejrzeć dwa filmy 🙂

Dzień 64, 24.12.2018, Chota – El Corazon
95km, 10.3śr, 47.7max, 2520m w górę, 9h14m, 6-25°C

Rano pochmurnie, ale bez deszczu. Im wyżej wjeżdżałem na przełęcz tym gorsza była widoczność. Standardowo na przełęczy trochę pokropiło, ale nie zmoczyło mnie mocno. Na wypoczętych mięśniach zupełnie inaczej się podjeżdża, ta lekkość w nogach 🙂 W poszukiwaniu bankomatu wjechałam do miasta Bambamarca, niestety bez prowizyjny bankomat Banco de la Nacion był nieczynny, a inne w ogóle nie czytały moich kart. Ostatnie sole wydałem na wodę i bułki i ruszyłem dalej. Za Bambamarca zaczęły się problemy z dętkami. W ciągu 20km złapałem dwa flaki. Niestety łatka w dętce na tylnym kole nie trzymała i musiałem ją zamienić z kołem z przyczepki. Ponowne latanie też nie pomogło. Na asfalcie do końca dnia jechałem na flaku na przyczepce, a na odcinkach szutrowych starałem się coś tam dopompować. W sumie zrobiło się nieciekawie. Jutro będę w dużym miejsce Cajamarca, ale są święta i pewnie wszystkie rowerowe będą zamknięte. Na dętki pasujące do moich opon raczej nie mam co liczyć w Peru, w Ekwadorze też był z tym problem. Mogę próbować założył grubasa pod 29′ lub dętkę wąską, kolarską. Zapewne będę musiał rozwiercać otwór w obręczy na wentyl samochodowy o ile uda mi się znaleźć szybko sklep rowerowy. W najgorszym wypadku spróbuję coś pokombinować w wulkanizacji. Tych przy drogach nie brakuje. W kolejnym miasteczku Hualgayoc udało mi się znaleźć bankomat, jednak musiałem zapłacić prowizję za wypłatę. Ale przynajmniej miałem już gotówkę. 11km dalej zdobyłem przełęcz na 3955 metrów i uwaga! Na przełęczy był znak z nazwą i wysokością przełęczy 🙂 Chyba moja pierwsza przełęcz zdobyta na flaku w przyczepie. Pod górę nie jechałem szybciej niż 7km/h. Z przełęczy dobrze było widać dużą kopalnie złota która była poniżej. Pomimo zniszczeń i brzydkiego krajobrazu jaki powstał przez wydobywanie kruszcu, jezioro obok kopalni miało piękny turkusowy kolor. Dalej było nieco więcej płaskich odcinków i co kilka kilometrów męczyłem się z flakiem na szutrowych odcinkach. Na kolację wigilijną zatrzymałem się w małej restauracji w wiosce El Corazon. Kawałek dalej znalazłem szopę pod którą spędziłem noc. Nie było dziś świątecznych cudów na trasie, a i jakoś nie czuję świątecznego nastroju zdobywając przełęcze w Andach 🙂

Dzień 65, 25.12.2018, El Corazon – Cajamarca
103km, 12.1śr, 1520m w górę, 37.9max, 8h25m, 8-24°C

Ponieważ wieczór był chłodny w szopie rozłożyłem namiot. Rano w namiocie miałem 10°C, a na zewnątrz było dwa mniej. W każdym razie nie zmarzłem. Poranek piękny i słoneczny. Kilka kilometrów dalej wjechałam na przełęcz na 3930m n.p.m. Dalej do Cajamarca było już przeważnie w dół. Musiałem tylko uważać na progach zwalniających, aby nie uszkodzić koła na przyczepie z flakiem. Do Cajamarca dojechałem przed południem, po drodze przejechałem przez centrum i znalazłem tani hotel, gdzie zostawiłem przyczepę. Samo miasto Cajamarca jest piękne z wieloma zabytkami. Katedra i kościół Belen wręcz powalają swoją architekturą. Ścisłe centrum posiada wiele skrzyżowań pod kątem prostym i ulice jednokierunkowe, co jest bardzo popularne w zabudowie większości miast Ameryki Południowej. Według planu ruszyłem w górę do miejsca zwanego Cumbemayo. Znajduje się tu między innymi prekolumbijski akwedukt o długości 8km z 1500r p.n.e. oraz tak zwany kamienny las czyli ciekawe formacje skalne wyrzeźbione przez erozję. Ten ciekawy punkt archeologiczny leży na wysokości ponad 3550 metrów n.p.m. Po tym jak wróciłem do Cajamarca przejechałem ponownie przez miasto w poszukiwaniu sklepów rowerowych. Na mapie zaznaczyłem trzy miejsca znalezione w Internecie i wskazane przez mieszkańców. Jutro drugi dzień świąt, jednak w Peru wszystkie sklepy powinny być normalnie czynne.

Dzień 66, 26.12.2018, Cajamarca – Aguas Calientas
103km, 14.5śr, 58.4max, 1260m w górę, 7h07m, 14-26°C

W oczekiwaniu na otwarcie sklepów rowerowych, rano mogłem trochę dłużej pospać i poleżeć. Dopiero po 8:00 wyszedłem z hotelu. Okazało się, że sklep rowerowy, który był najbliżej hotelu był czynny od 8:30, więc do otwarcia czekałem pod sklepem. Równo o ustalonej porze, starszy Pan otworzył drzwi i zamiast sklepu w środku był tylko mały warsztat rowerowy. Tak jak się spodziewałem dętek w rozmiarze pasującym do moich opon nie udało się kupić, zapewne ciężko będzie cokolwiek dopasować w całym Peru. Najpopularniejszy rozmiar to tutaj 26′, są jeszcze 27′ i 29′ grubasy. W każdym razie starszy Pan ciekawy mojej podróży, szybko wziął się za łatanie moich dętek, jedna miała dwie dziury, druga trzy. Największą dziurę po przebiciu przez szkło udało mu się załatać dopiero za drugim razem dużą łatą. Na miejscu kupiłem klej i zapas łatek na dalszą drogę. Przed 10:00 w końcu udało mi się wyjechać z miasta. Na szczęście dzień okazał się w miarę łatwy. Nie było jakiegoś wielkiego wspinania i dzień zakończyłem z dystansem ponad 100km. Pogoda znów dopisywała, przez cały dzień pogodnie, tylko z krótkim przelotnym opadem. Nocleg w namiocie za wioską Aguas Calientas, na polanie w towarzystwie świni na gospodarstwie za pozwoleniem właściciela.

Dzień 67, 27.12.2018, Aguas Calientas – Huamachuco
79km, 11.1śr, 42.9max, 1520m w górę, 7h03m, 18-26°C

Spodziewałem się że knur, który miał swoje miejsce kilka metrów od mojego namiotu będzie w nocy hałasował. Świniak był spokojny, ale kogut darł się od piątej rano. Poza tym noc spokojna i bezdeszczowa. Dzięki pomocy koguta, na trasę wyruszyłem chwilę po szóstej. Poranek był ciepły i słoneczny. Tuż po wschodzie słońca na niebie nie było prawie żadnej chmury. Z wysokości około 2100 metrów wjechałem na prawie 3400 w ciągu pół dnia i 60km. Podjazd był naprawdę długi i miejscami stromy, ale było też kilka zjazdów. W mieście  Cajabamba chciałem zrobić zakupy w markecie, ale żadnego nie znalazłem. Cieszę się, że łatki na dętkach trzymają i mogę kontynuować jazdę. Dzień zakończyłem w mieście Huamachuco na wysokości 3200m. Już o 15:00 miałem tani pokój w hotelu. Obok był spory bazar, więc tam zrobiłem zakupy. Udało mi się kupić owoc chirimoya na który polowałem od miesiąca. Za jeden zapłaciłem 1zł, w Ekwadorze sprzedawca chciał ode mnie 5$! Całe popołudnie i wieczór miałem wolny, dla siebie 🙂

Dzień 68, 28.12.2018, Huamachuco – Santa Clara de Tulpo
103km, 10.8śr, 41.9max, 1970m w górę, 9h30m, 14-24°C

Ciężki dzień nagrodzony zdobyciem przełęczy powyżej 3640 metrów i dystansem powyżej 100km. Tylko 20km asfaltu dziś, reszta dnia przejechana po szutrach. Zamiast jechać na około drogą 3N, skróciłem trasę jadąc bardziej na południe. Po drodze wjechałem na przełęcz na wysokość powyżej 3640 metrów w okolicach jeziora Laguna Huangacocha. Droga 3N od momentu kiedy na nią powróciłem jest bardzo kręta. Jutro czeka mnie wręcz kulminacja zakrętów, kręty zjazd i wjazd przy rzece Tablachaca. Przez cały mogłem odpoczywać od ruchu samochodowego, okolice te są bardzo mało uczęszczane, a w miasteczkach jest niewielu  mieszkańców. Nocleg w namiocie za wioską Santa Clara na wysokości 3300m.

Dzień 69, 29.12.2018, Santa Clara de Tulpo – San Juan de las Arenas
93km, 10.1śr, 46.3max, 2340m w górę, 9h18m, 8-25°C

Kolejny ciężki dzień za mną. Sporo trudnych i męczących podjazdów. Rano czekał mnie stromy, kręty, długi i ekscytujący zjazd w dolinę rzeki Tablachaca. Po drodze minąłem małe, malownicze miasteczko Mollepata z pięknym kościołem i placem głównym. Po wielu zakrętach znalazłem się przy rzece na wysokości 2100 metrów i kolejne kilka godzin wspinałem się aż na 3500 metrów. Na zjeździe mogłem obserwować zakręty po drugiej stronie doliny, a na pojeździe te po których zjeżdżałem w dół. Łącznie na odcinku kilkunastu kilometrów pokonałem 29 zakrętów, nawrotów i agrawek na zjeździe i 24 podczas podjazdu. Ta kręta droga nazywa się Mollepata – Pallasca Road i o dziwo jest asfaltowa. Na pozostałej części dzisiejszej trasy o asfalcie mogłem tylko pomarzyć. Ogółem pokonałem dziś kolejne dwie przełęcze na 3500 i 3555 metrów n.p.m. Po drodze złapał mnie krótki deszcz i grad. Potem jednak mogłem się napawać zapachem wydzielanym przez drzewa eukaliptusowe. Podobnie jak w Australii, także i w Ameryce Południowej po deszczu w nozdrzach czuć przyjemny, chłodny aromat eukaliptusa. Nocleg w wiosce San Juan, 5km przez miastem Tauca na wysokości 3100m. Spanie w śpiworze na placu głównym na zadaszonej scenie 🙂 Miał być hotel w mieście Cabana, ale jeden z czterech, który był jeszcze otwarty był nieproporcjonalnie drogi do oferowanych standardów. Do miasta Tauca już nie udało mi się dojechać. Zmęczenie i zmrok skutecznie zatrzymały mnie w San Juan.

Dzień 70, 30.12.2018, San Juan de las Arenas – Corongo
95km, 10.8śr, 38.2max, 2360m w górę, 8h44m, 8-34°C

Noc na scenie nawet ok, nikt się nie kręcił po placu, nie padało. Tylko kogut i psy trochę hałasowały. O 6:00 zebrałem się i ruszyłem w trasę. Przez całe pięć kilometrów cieszyłem się z całkiem dobrego asfaltu. W mieście Tauca spodziewałem się bankomatu, niestety nie było. I tak zaczął się mały kryzys finansowy, brak gotówki z powodu braku bankomatów. W małych miastach i wioskach są tylko agencje bankowe, które niestety nie honorują moich kart. Mieszkańcy oczywiście mogą sobie za pomocą karty wybrać gotówkę. Mi pozostają tylko bankomaty. Mam nadzieję, że jutro dojadę do większego miasta w którym będzie ATM. Tymczasem za mną kolejny ciężki dzień ze sporą liczbą podjazdów i zjazdów. Kolejne dwie przełęcze i doliny. W jednej dolinie zrobiło się przez chwilę bardzo upalnie, temperatura aż zaczęła mi dokuczać. W koło mało roślin, same kaktusy i czerwona spalona ziemia. Od wioski Bambas znów zaczął się asfalt, myślę, że już na dobre. Jeszcze jutro dość mocno kręty etap, potem już będzie tylko wysoko 🙂 Nocleg w namiocie pod miastem Corongo. Podobno w Corongo jest bankomat, ale niestety miasto nie leży na mojej trasie, a poza tym musiałbym się wspinać 12km i 500 metrów w górę do miasta. Wolę jechać przed siebie, będzie co ma być. Na kolację trochę bułek i bananów. W portfelu zostało mi w sumie na jedne małe zakupy. Wieczorem miałem koncert świetlny na niebie i na ziemi. Nie wiem czego było więcej. Gwiazd czy świetlików.

Dzień 71, 31.12.2018, Corongo – Caraz
99km, 13.0śr. 45.2max, 1790m w górę, 7h38m, 10-34°C

Trzeci i ostatni dzień trudnej przeprawy na odcinku pomiędzy miastami Huamachuco i Caraz. Udało mi się pokonać bardzo kręte odcinki dróg, przełęcze powyżej 3500m i głębokie doliny rzek poniżej 1000m n.p.m. Dzień bardzo upalny i słoneczny. W dolinie na 1000 metrów było grubo ponad 30 stopni, a z doliny musiałem kręcić do Caraz na wysokość ponad 2200m n.p.m. po drodze znalazłem i zjadłem kilka owoców kaktusa oraz zabrałem jakieś trzy kilogramy mango z drzewa przy drodze. Połowę mango zjadłem od razu 🙂 Od wioski Huallanca do Colca przejechałem wąską doliną w której droga poprowadzona była przez wiele wykutych w skalę tuneli, najdłuższy z nich miał może 300 metrów długości. Po przeciwnej stronie doliny podziwiać mogłem kilka wysokich i kaskadowych wodospadów. Popołudniu po upalnym dniu dotarłem do miasta Coraz. W końcu znalazłem bankomat i wybrałem gotówkę na kilka dni. W portfelu miałem już tylko 4 peruwiańskie sole czyli niecałe 4zł za które można kupić kilogram bułek, 16 bananów lub dwa napoje po 500ml. Rano miałem szczęście i znalazłem kilka owoców kaktusa, a potem drzewa mango na których były dojrzałe owoce. Dobrze, że z wodą nie było problemów, prosiłem o nią w restauracjach i kilka razy czerpałem ze strumieni. W górach litr wody butelkowej kosztuje 3 sole. Kryzys gotówkowy zażegnany, ale niestety nowe klocki hamulcowe, które kupiłem jakiś czas temu, nie pasują. Są o jakiś 1mm za szerokie, aby zmieściły się w zaciskach hamulca. Jutro spróbuję je trochę spiłować i zobaczę czy będzie ok. W Peru poza zjazdami, klocki ścieram na dohamowaniach przed progami zwalniającymi, których tutaj jest od groma. W Caraz zatrzymałem się w tanim hotelu, praktycznie przy placu głównym. Miałem blisko, aby obserwować jak Peruwiańczycy świętują powitanie Nowego Roku. W wielu punktach miasta sprzedawano sztuczne ognie oraz wina i szampany (na butelki lub plastikowe kubeczki). Miasto nie organizowało żadnej imprezy, a na placu zebrało się może kilkadziesiąt osób, które po kilkunastu minutach strzelania fajerwerkami rozeszło się do domów. Do około 1:00 w nocy słychać było jeszcze jakieś pojedyncze strzały, potem było już cicho. Kilka osób podeszło do mnie życząc mi Szczęśliwego Nowego Roku 😊 Jutro zasłużony dzień wolny i przerwa w kręceniu.

Dzień 72, 1.01.2019, Caraz, 0km, odpoczynek

W wolny dzień jak zwykle zajmuję się rzeczami, które są niezbędne do dalszej jazdy. Rano zrobiłem pranie, połatałem dętki, a potem udałem się do miasta w poszukiwaniu jakiegoś warsztatu w którym będzie szlifierka, aby mógł spiłować za duże klocki hamulcowe, które nie pasują do zacisków. Pomimo pierwszego dnia nowego roku, udało mi się znaleźć mechanika, który miał otwarty warsztat i miał elektryczną szlifierkę.  Pokazałem mechanikowi o co mi chodzi, włączył mi maszynę i kilka chwil później cieszyłam się z wymiarowych już klocków. Miałem mały problem założyć trzpień mocujący klocki, ale i z tym sobie poradziłem. Zadowolony, wybrałem się do restauracji, w której wczoraj widziałem słój z herbatą z koki. Zamówiłem kubek dla spróbowania z ciekawości. Szczerze, trochę się rozczarowałam. Herbata nie miała jakiegoś wyraźnego oryginalnego smaku, bardziej przypominała bardzo słabe ziółka z melisy 🙂 Popołudniu dokładnie obejrzałem rower, wyczyściłem i przesmarowałem napęd oraz przewinąłem owijki na kierownicy, które trochę się pozwijały. Okazało się, że skończyła mi się taśma izolacyjna, którą mocuje owijki, musiałem jeszcze raz udać się do centrum i także udało mi się kupić taśmę w pierwszym napotkanym sklepie z narzędziami. Wolny od jazdy, ale dość pracowity dzień szybko zleciał. Dzień znów upalny, więc pod wieczór kupiłem pół litra lodów dla ochłody. Od jutra zdobywanie wysokich przełęczy 🙂

Dzień 72, 2.01.2019, Caraz – Shillcop
94km, 10.6śr, 44.6max, 3040m w górę, 8h54m, 14-31°C

Chyba najważniejszą wiadomością dnia jest to, że w miasteczku Yungay udało mi się kupić dętki. Na sam koniec udanego dnia, wypatrzyłem mały sklep z częściami motorowymi i rowerowymi. O dziwo był tam idealny rozmiar dętek z wentylem Presta. Kupiłem dwie w cenie 15zł za sztukę, chociaż pewnie w obecnej sytuacji zapłaciłbym o wiele więcej… Klocków hamulcowych niestety nie było, ale jeden cud  w Peru dziennie wystarczy. Myślę że nowe klocki uda mi się kupić w kolejnym większym  mieście w Huaraz. Namierzyłem tam trzy sklepy lub warsztaty rowerowe, wypożyczalnie rowerów, a także sklep turystyczny, więc może uda się w końcu też zakupić kartusz z gazem do gotowania. Dziś przez większość dnia podjeżdżałem na przełęcz o nazwie Chicarhuapunta o wysokości 4314m n.p.m. To moja pierwsza, ale na pewno nie ostatnia czwórka w Peru. Najlepsze jednak miałem po drugiej stronie doliny. Park Narodowy Huascaran i najwyższe ośnieżone szczyty w Peru. Droga na przełęcz to 34km, 2100m w górę i 46 zakrętów-nawrotów! Piękny dzień, piękna trasa i piękne góry. Góra Huascarán lub Nevado Huascarán to szczyt w Andach Peruwiańskich. Wyższy, południowy szczyt masywu to najwyższy szczyt całego Peru oraz najwyższy szczyt w pasie międzyzwrotnikowym na Ziemi. Nazwę zawdzięcza Huáscarowi, XVI-wiecznemu wodzowi Inków, który nosił tytuł Sapa Inca. Dziś przyczepa została w wiosce w restauracji, ale kolejne dwa dni już z Extrawheel’em na grubo powyżej 4500m. W Yungay zrobiłem zakupy, a w jednej z wielu restauracji zatrzymałem się na mały obiad. Pod wieczór podjechałem jeszcze kilkaset metrów wyżej w kierunku parku narodowego do którego wjadę jutro. Nocleg w namiocie przy kościele w małej wiosce bez nazwy.

Dzień 73, 3.01.2019, Shillcop – Yanama
71km, 8.3śr, 31.6max, 1800m w górę, 8h33m, 8-24°C

Mega ciężki dzień. Najwięcej trudności sprawiła mi dziś bardzo kamienista nawierzchnia na przełęcz o wysokości ponad 4700 metrów n.p.m. Przełęcz Portachuelo de Llanganuco zdobywałem ponad 8h. 38km, 1700m w górę ze średnią 6.2km/h. Do tego wszystkiego ponad 60 zakrętów agrawek 🙂 Przez kilka miejsc nie dało się przejechać. Za wstęp do parku zapłaciłem 30 sol czyli jakieś 32zł. Drogo jak na Peru, poza tym Peruwiańczycy nie płacą, tylko biali turyści, Ci na rowerach niestety też. Dopiero o 15:00 byłem na przełęczy i zacząłem zjazd. Nie udało się zbyt wiele kilometrów odrobić, bo zjazd był tak samo kamienisty jak podjazd. Przez cały dzień mogłem za to podziwiać turkusowe jezioro Laguna Llanganuco i lodowce najwyższych szczytów Peru. Przed wieczorem udało mi się zjechać do miasta Yanama, zrobić zakupy i połączyć z WiFi. Wczoraj przed końcem dnia przekroczyłem 6000km podczas wyprawy 🙂 Ponieważ cały dzisiejszy budżet poszedł na wstęp do parku, dziś spanie pod chmurką. Nocleg w namiocie 3km za Yanama na wysokości 3500m.

Dzień 74, 4.01.2019, Yanama – Droga 107
89km, 9.7śr, 37.6max, 2310m w górę, 9h08m, 6-23°C

Po wczorajszym hardcorowym dniu, dziś czekało mnie kolejne wyzwanie. Rano do 8:00 poradziłem sobie z przełęczą na wysokość 4070m pomiędzy miasteczkami Yanama i Sapcha. Potem zjechałam na wysokość około 2900 metrów do drogi 107, która prowadzi na przełęcz Punta Olimpica. Jak tylko wjechałem na asfalt wyczyściłem i przesmarowałem cały napęd, który był żółty od piachu. Punta Olimpica to główna droga asfaltowa i ważna przełęcz. W miasteczku Chacas zatrzymałem się na przerwę i zakupy. Stąd na przełęcz jest 30km i 1200m w górę. Ostatnie 8km podjazdu to seria kilkunastu serpentyn z widokiem na kolorowe jezioro. Niedaleko przełęczy i tunelu znajduje się punkt widokowy i chatka. Ponieważ psuła się pogoda i coraz bardziej padało, zastanawiałem się nad noclegiem w chatce oddalonej od drogi o jakieś 300m. Nie miałem tylko pewności czy była otwarta. Tunel ma długość ponad 1400 metrów i prowadzi lekko pod górę. Różnica pomiędzy wlotem i wylotem tunelu wynosi ponad kilkadziesiąt metrów. Po drugiej stronie tunelu rozpadało się już na dobre, a mnie czekał długi zjazd. Początkowo planowałem jeszcze wjechać na starą przełęcz, na którą prowadzi kamienista droga nad tunelem na wysokość ponad 4900m, jednak deszcz i późna godzina uniemożliwiły mi to. Na przełęczy było tylko 6°C. Zanim zapadł zmrok udało mi się zjechać na wysokość 4000m. Przemoczony, rozbiłem namiot jeszcze w granicach parku narodowego na płaskiej polanie, niedaleko mostu po całej serii zakrętów-nawrotów. Szkoda, że akurat tutaj trafiła się gorsza pogoda. Widoki z drogi i bliskość lodowców powalają. Niestety mam coraz więcej problemów ze sprzętem.

Dzień 75, 5.01.2019, Droga 107 – Recuay
93km, 15.5śr, 43.6max, 1040m w górę, 5h58m, 6-23°C

Najbardziej mokra i deszczowa noc od początku wyprawy. Długo, bo ponad dwa i pół miesiąca broniłem się przed zalaniem w namiocie. Strategia spania pod daszkami w różnych dziwnych miejscach sprawiała, że nie było możliwości abym zmókł w nocy. Dziś niestety musiałem walczyć z żywiołem. Gbybym nie stracił tyle czasu na podjeździe pod Portachuelo de Llanganuco, zapewne wczoraj wieczorem zdążyłbym zjechać niżej do wioski i gdzieś się ukryć. A tak, w końcu dopadła mnie ulewna noc i rano miałem mokry namiot, śpiwór, część rzeczy i kałuże w środku. Pierwsza możliwość schronienia była 9km i ponad 20 minut zjazdu dalej, przy budynku wjazdu do parku narodowego. Na szczęście zjeżdżałem wcześnie i strażnika jeszcze nie było, więc nie musiałem ponownie płacić za przejazd przez park. O ósmej miałem już ponad 30km na liczniku i piłem gorącą kawkę w mieście Carhuaz. Od razu rzucił mi się w oczy bankomat, więc wybrałem na zapas trochę gotówki. Dziś, nie miałem ochoty na wysokie wspinanie, więc ominąłem przełęcz na 4200 m i zrobiłem sobie luźniejszy, bardziej płaski etap do miasteczka Recuay. W dużym mieście Huaraz odwiedziłem sklepy rowerowe i sklep górski. Udało mi się kupić klocki hamulcowe, miałem nawet możliwość wyboru marki. 20zł za jeden komplet półmetalicznych 🙂 Wziąłem trzy komplety. Na jakiś czas wystarczy. Kłopot z dętkami i klockami rozwiązany. Co do kuchenki to w Peru kartusza bez gwintu nie dostanę… No chyba że w Limie lub Cusco… zobaczymy. Tymczasem dzień zakończyłem o 15:00 w miasteczku Recuay i dystansem 94km. Jak na Andy to bardzo łatwy dzień, ale po maratonie zdobywania przełęczy i takiej etapy są potrzebne, mięśnie od razu inaczej pracują na płaskich drogach. Rano 40km zjazdu, a potem 50km pod górę z 1-2% nachyleniem wzdłuż rzeki Santa. W końcu trafił mi się super hotel z gorącą wodą nawet w umywalce (pierwszy raz w Ameryce Południowej). Wysuszyłem mokry namiot, karimatę i śpiwór. Ciuchy i buty wyschły mi podczas jazdy. Miasteczko Recuay bardzo małe i spokojne, prawie jak wymarłe.

Dzień 76, 6.01.2019, Recuay – Chavin de Huantar
79km, 13.3śr, 46.5max, 1260m w górę,5h56m, 10-21°C

Wczorajsze popołudniowe rozluźnienie i nocleg w hotelu strasznie mnie rozleniwiły. Rano strasznie nie miałem ochoty na trudne podjazdy. Odpuściłem nawet wjazd na przełęcz na 4500m jak zobaczyłem kamienistą drogę. Przy miasteczku Recuay na głównej drodze znajduje się kilka jaskiń krasowych do których można wejść. Jak bym widział, że nie będę wjeżdżał na przełęcz to wczoraj podjechałbym kilkanaście kilometrów dalej do miasteczka Catac i tam został na noc. Tutaj w jednym ze sklepów zjadłem spore śniadanie i nawet dostałem wrzątek na herbatę. Z Catac już nieco z większymi chęciami zacząłem podjazd na kolejną przełęcz, także na wysokość 4500m. Podjazd okazał się bardzo łatwy. Na dystansie ponad 30km było tylko 1000m przewyższenia w górę. Po drodze minąłem spore jezioro Laguna Querococha, oblegane przez dziesiątki turystów z busów organizowanych wycieczek. Po pokonaniu kilku serpentyn pod koniec podjazdu dojechałem do przełęczy, a raczej tunelu. Tunel o nazwie Tunel de Kahuish znajduje się  na wysokości 4513m n.p.m. Nie jest zbyt długi, ma około 500 metrów długości. Już w okolicach przełęczy zauważyłem, że będzie padać. Do drugiej stronie doliny najpierw zaczął padać grad, a niżej z przerwami deszcz. Na 4km przed miastem Chavin de Huantar zaczęło lać i jakieś pół godziny czekałem pod małą wiatą garażową. W międzyczasie nad górami przeszła też burza. Kiedy w końcu trochę się uspokoiło zjechałem do miasta i kiedy byłem w samym centrum znowu zaczęło lać. Nie zapowiadało się na rozpogodzenie, więc zatrzymałem się w hotelu. Tani hotel przy placu głównym Plaza de Armas. Żadnych luksusów poza WiFi i ciepła wodą, nawet toaleta wspólna na korytarzu. Przynajmniej mogłem się wysuszyć i wygrzać przed następnym dniem.  W okolicach miasteczka znajdują się stanowiska archeologiczne z epoki przedkolumbijskiej, ale niestety deszcz skutecznie przeszkodził mi w zobaczeniu ich.

Dzień 77, 7.01.2019, Chavin de Huantar – Laguna Canrash
70km, 8.9śr, 46.1max, 1980m w górę, 7h50m, 6-19°C

Nie wiem czy dziś trochę nie przekombinowałem i zamiast jechać najkrótszą drogą, pojechałem trochę na około. Z mapy wynikało, że dłuższa droga to główna droga, liczyłem na asfalt, a i tak ponad 50km przejechałem po szutrach. Pozwiedzałem za to ogromną kopalnię Antamina. Droga numer 111 prowadzi przez teren kopalni i nie ma żadnego problemu, aby poruszać się po wyznaczonych i strzeżonych obszarach. Antamina to przeogromna kopalnia odkrywkowa miedzi i cynku. Przez kilka godzin przejeżdżałem wzdłuż ogromnych hałd urobku. Mega ciężarówki zapewne przez ostatnie kilka lat, usypały wysokie sztuczne góry sięgające 4700m n.p.m. Korporacja górnicza przeorała kilka andyjskich szczytów, dziesiątki ciężarówek krążyło non stop z urobkiem i usypywało sztuczne góry wysokie na kilkaset metrów. Droga przy kopalni w najwyższym miejscu sięgała 4570m, a ciężarówki jeździły znacznie wyżej. Dopiero za kopalnią ponownie zacząć się asfalt. Kiedy uporałem się z porannym podjazdem powyżej 4000 metrów, potem już przez cały dzień nie zjechałem niżej, a trzy razy przekroczyłem wysokość 4500 metrów. Rano było pochmurno i straszyło deszczem, ale z każdą godziną wypogadzało się, a popołudniu mimo sporej wysokości było przyjemnie i ciepło. Dzień do łatwych nie należał, przez żółwie tempo znów przejechane tylko 70km. Przed 18:00 dojechałem do jeziora Laguna Canrash, przy którym znajduje się mała restauracja. Postanowiłem zatrzymać się tutaj na noc. Okazało się, że restauracja jest czynna. Korzystając z okazji zamówiłem ciepły posiłek. Frytki, ryż,pstrąg z jeziora Canrash i sałatka. Poprosiłem też o wrzątek, najpierw zrobiłem sobie kawę z torebki, a potem herbatę. Kiedy zapytałem o możliwość rozbicia namiotu, gospodarz wskazał małe baraki w których oferował tanie noclegi. Normalna cena to 10 sol, ale ponieważ zamówiłem posiłek, udało mi się zbić cenę noclegu o połowę i tak zamiast namiotu, cieplejsze pomieszczenie i łóżko za 5zł. Jezioro Canrash znajduje się na wysokości 4250 metrów.

Dzień 78, 8.01.2019, Laguna Canrash – La Union
61km, 16.3śr, 48.1max, 400m w górę, 3h44m, 3-16°C

Noc nawet w murowanym budynku była chłodna, rano na zewnątrz tylko 3°C i pochmurno. Godzinę po tym jak zacząłem jazdę zaczęło padać. Schroniłem się w starej szopie przy drodze i spędziłem w niej prawie cztery godziny zanim trochę się uspokoiło. Dopiero przed południem przestało padać na tyle, że mogłem kontynuować jazdę. Z nudów zjadłem wszystko co miałem w sakwach, znalazłem nawet kilka cukierków i lizaka. Droga do kopalni nie jest zbyt ruchliwa, dojeżdżają tam głównie pracownicy, którzy mają zorganizowany transport autobusami oraz ciężarówki z zaopatrzeniem. Przez chwilę myślałem nawet, żeby złapać stopa do najbliższego miasta i zrobić dzień wolny od jazdy. Kiedy w końcu ruszyłem dalej po kilku kilometrach zaczął się zjazd i niedługo potem dojechałem do miasta Huallanca, gdzie zatrzymałem się w restauracji na ciepły posiłek. Kolejne 22km także było w dół, z tym że znów zaczynało coraz mocniej padać. Po 60km i niecałych czterech godzinach jazdy zatrzymałem się w miasteczku La Union. Znalazłem tani, rodzinny hotel i zostałem aby się suszyć. Pod wieczór kiedy przestało padać, wyszedłem do miasta i znalazłem szewca, który na poczekaniu naprawił mi rozklejającego się buta. Trochę skleił, trochę zszył i wbił trzy małe gwoździe. Ciekawe czy na długo wytrzyma… To już chyba piąty dzień z kolei kiedy nie udaje mi się przełamać setki… W następnym mieście postaram się naprawić nóżkę w której brakuje małej śrubki i metalowej kulki.
Wysłana kilka dni temu paczka ze sprzętem na drugą część wyprawy niestety do Boliwii nie popłynęła. Po tym jak przez tydzień podróżowała po znacznej części Polski, wróciła do nadawcy… Okazało się, że poczta w Boliwii jest zamknięta czy też zawieszona od kilku miesięcy i nie przyjmuje żadnych przesyłek pocztowych z zagranicy. Wysyłka paczki o wadze 8.5kg do Ameryki Południowej naszą pocztą to koszt 114zł. Przynajmniej się zreflektowali i oddali za niewysłanie paczki. Swoją drogą dopiero w Pruszczu Gdańskim zorientowali się, że nie mogą dalej wysłać paczki. Jutro paczka zostanie wysłana do Boliwii firmą kurierską, myślę że więcej kłopotów z nią nie będzie… Cena niestety trzy razy większa, ale bez rzeczy i części z paczki nie widzę szans kontynuowania podróży na południe AM. Jak będzie niedługo się okaże!

Dzień 79, 9.01.2019, La Union – Cauri
70km, 10.4śr, 36.3max, 1710m w górę, 6h34m, 8-20°C

Prawie całą noc padało, a wiedziałem o tym po uderzeniu kropel deszczu o blaszane dach hotelu. Kiedy rano wstałem wciąż trochę kropiło, ale na niebie zaczynało się przecierać. Początek jazdy to kilka serpentyn za miastem La Union, a potem kilka kilometrów płaskiej drogi, pośród pastwisk na wysokości 3600m. Zasugerowałem się drogą asfaltową i pojechałem kilka kilometrów nie tą drogą co powinienem. Dopiero jak skończył się asfalt, sprawdziłem na mapie pozycję i okazało się, że muszę się wracać. Na małym skrzyżowaniu nie było żadnych znaków drogowych czy kierunkowskazów. Dalsza część dnia, raczej znaczna jej część już tylko po szutrach. Koło miasteczka Isco Pampa wjechałem na rozdroże na prawie 4000 metrów i to była najwyższa wysokość tego dnia. W kilku miasteczkach próbowałem zdobyć hasło do WiFi, ale niestety nikt nie chciał mi pomóc. Po 16:00 dojechałem do miasteczka Cauri, ponieważ zbliżała się burza postanowiłem tu zostać na noc. Jedyny hotel w mieście chyba funkcjonuje od niedawna. Klucze które dostałem do pokoju nie pasowały, nie było też wody. O WiFi w całym mieście też nie było mowy. Pokój bardzo klasztorny, tyle że w dużym oknem z widokiem na Cauri. Większość popołudnia przesiedziałem w restauracji obok hotelu, w której był też największy sklep w Cauri i jedna atrakcja w postaci dużego telewizora.

Dzień 80, 10.01.2019, Cauri – Oyon
102km, 10.3śr, 41.7max, 1910m w górę, 9h57m, 1-14°C

Od samego rana zapowiadało się na deszcz. Nieciekawa perspektywa, zwłaszcza, że czekał mnie podjazd na ponad 4500m n.p.m.  Pierwsze kilka kilometrów za Cauri serpentynami pod górę, potem trochę więcej prostych odcinków. Zanim dojechałem do kolejnej wioski 20km dalej, zaczęło padać. Przez ponad godzinę, deszcz nie był mocny, ale w końcu rozpadało się na dobre i zanim zdążyłem gdzieś się schować trochę zmokłem. Dalej droga prowadziła wzdłuż laurowych jezior. Niestety to nie był dobry dzień do robienia zdjęć. Na trasie minąłem też kilka niewielkich wodospadów. Podczas przygotowań musiałem popełnić błąd, bo spodziewałem się przełęczy na wysokości około 4500m, a tymczasem wjechałem na prawie 4900 metrów n.p.m. W okolicach przełęczy znajduje się spora kopalnia srebra i cynku Raura. Powyżej 4800 metrów zaczął sypać śnieg, a wyżej pierwszy raz podczas wyprawy mogłem się po nim miejscami przejechać. Na przełęczy był tylko 1°C, a ja byłem już trochę przemoczony, więc jak najszybciej chciałem zjechać do miasteczka i rozgrzać się. Podczas zjazdu nie mogłem za szybko jechać, bo na drodze było sporo wody i błota, które bardzo „lepiło” się do całego sprzętu. Kiedy zjechałem na wysokość poniżej 4000 metrów pogoda zaczęła się poprawiać i nawet zrobiło się cieplej. Zarówno ja, jak i rower, przyczepa i sakwy były niestety niemiłosiernie ubrudzone białym piachem. Na kilka kilometrów przez miastem Oyon zatrzymałem się przy małym strumieniu i próbowałem chociaż trochę zmyć piach z roweru, butów, sakw… Przed samym Oyon czekał mnie jeszcze 200 metrowy podjazd, którego się nie spodziewałem. W Oyon pierwsze dwa hotele na jakie natrafiłem były zamknięte. Dopiero trzeci, niedaleko centrum oferował pokoje. W sumie już wieczorem wiedziałem, że potrzebuje dzień przerwy na odpoczynek i sporo czasu na doprowadzenie sprzętu do porządku.

Dzień 81, 11.01.2019, Oyon, 0km, odpoczynek

Wolny dzień od jazdy standardowo bardziej spędzony na obowiązkach związanych z utrzymaniem sprawności roweru niż faktycznym nic nie robieniem. Po wczorajszym mokrym dniu i błotnistym zjeździe samo mycie całego sprzętu zajęło mi dwie godziny. W końcu zdecydowałem się też wymienić dętkę w przyczepie, z której powoli schodziło powietrze. Popołudniu, kiedy wyszedłem w miasto, zabrałem ze sobą nóżkę w której brakowało śrubki i metalowej kulki. Podobno gdzieś w Oyon jest jakiś mały sklep/warsztat rowerowy, jednak mi nie udało się go znaleźć. W Oyon, jak zresztą w całym Peru jest za to wiele sklepów narzędziowych tzw. Ferreterii. W pierwszym takim sklepie udało mi się dopasować śrubę i kulkę. Nóżka mocno zużyta, ale po skompletowaniu wszystkich części, naprostowaniu innych, wyczyszczeniu, nasmarowaniu i dokładnym skręceniu znów podziała jakiś czas. Wczoraj popołudniu kiedy zajechałem do Oyon, miałem problem znaleźć tani hotel, dziś podczas spaceru mijałem hotele jeden za drugim, z których większość zapewne była nieco tańsza niż ten, w którym się zatrzymałem. Znalazłem nawet pralnię, ale na pranie niestety było już za późno. Rano ze wszystkich mokrych rzeczy, jak zwykle tylko wkładki do butów wyschły. Przynajmniej wieczorem miałem już czas dla siebie. Poza pisaniem codziennej relacji, co powoli mi się nudzi i przestaje być przyjemne, obejrzałem film i pograłem w grę. Nawet telewizor odmawiał posłuszeństwa, bo wyłączał się samoczynnie co kilka minut. W ciągu dnia wiele razy padało, a popołudniu i wieczorem nawet bardzo. W nocy temperatura miała spaść do około 1°C i prognozowano opady śniegu.

Dzień 82, 12.01.2019, Oyon – Quiulacocha
101km, 11.1śr, 29.0śr, 1890m w górę, 9h8m, 2-11°C
Poranek zacząłem od paro kilometrowego objazdu przez roboty drogowe. Chmury trzymały się wysoko i mogłem obserwować ośnieżone szczyty wokół miasta. Kawałek za  miastem natrafiłem na spore dzikie wysypisko śmieci miasta Oyon. Straszne…wszyskie śmieci miasta lecą w przepaść.. Kolejne kilometry to podjazd na przełęcz o trudnej nazwie na wysokość ponad 4700m n.p.m. pod drodze parę lagun, miasteczko górnicze i kopanie. Po drugiej stronie doliny zmiana krajobrazu. Sporo płaskich przestrzeni, płaskowyż. Na zjeździe złapał mnie deszcz, potem złapałem flaka po  najechaniu na drut. Kilka kilometrów jechałem z flakiem, bo nie bardzo było warunków na zmianę dętki (deszcz, woda, błoto, piach). Dopiero jak przejechałem przez strumień, opona nabrała wody i zeszła z obręczy. Musiałem się już nią zająć. Znalazłem mały czysty strumień, umyłem oponę i koło z piachu i założyłem ostatnią zapasową nową dętkę. Dalej czekał mnie zjazd na 4000m i dość łatwy podjazd na 4500m. Potem było całkiem płasko, więc nadrabiałem kilometry. Do miasta Cerro de Pasco nie udało się dojechać, ale zatrzymałem się w wiosce wcześniej. Znów dużo suszenia i mokrych rzeczy…
Ponad 6500km i zajechałem napęd. Praktycznie nie mam najlżejszego przełożenia 1×1 (24x36T). Łańcuch mocno przeskakuje na największej zębatce kasety nawet po niewielkim naciskaniu na padały. Mam już prawie 100km podjazdów w pionie, więc się nie dziwię… To nie płaska Australia, gdzie ja jednym napędzie zrobiłem ponad 10.000 km. Na większych nachyleniach muszę wrzucać drugi, twardszy bieg. W sumie to tylko dwa ząbki mniej, ale biorąc pod uwagę wysokości n.p.m i wagę całego sprzętu różnica jaką odczuwam jest znaczna. Namierzyłem jakiś sklep rowerowy za 400km, może się uda kupić łańcuch i kasetę pod 10 rzędów. Paczka z częściami będzie dopiero w La Paz, a to jeszcze kawał drogi i sporo wysokich przełęczy. Pewnie kwestią czasu będzie dalsze zużycie napędu na kolejnych przełożeniach…

Dzień 83, 13.01.2019, Quiulacocha – Droga 20A/101
97km, 12.5śr, 36.1max, 1220m w górę, 7h45m, 2-13°C
Poranek o dziwo piękny i słoneczny, jeśli byłoby inaczej pewnie zostałabym w hotelu na kolejny dzień i noc. Rower znów cały brudny, sakwy też. Zanim ruszyłem w trasę musiałem przynajmniej wyczyścić z błota i posmarować łańcuch. Do miasta Cerro de Pasco dojechałem po sześciu kilometrach. Znalazłem w centrum bankomat i sklep rowerowy otwarty w niedzielę. Udało mi się kupić dętkę, o innych częściach rowerowych jednak nie było mowy. Centrum miasta Cerro de Pasco zajmuje ogromna kopalnia odkrywkowa „Raul Rojas”, której rozrost decyduje o jego kształcie . Wydobywa się w niej ołów, cynk, miedź, srebro, złoto. W górnictwie pracuje większość mieszkańców. Ich liczba jest trudna do oszacowania i przyjmuje się, iż miasto zamieszkane jest przez ok. 70 tysięcy osób. W Cerro de Pasco zaczyna się linia kolejowa do Limy biegnąca przez La Oroya, wybudowana przez Ernesta Malinowskiego! Za miastem w końcu wjechałem na drogę asfaltową z której cieszyłem się przez kolejne 50km. Aż do parku narodowego Santuario National Huayllay poruszałem się po płaskiej równinie  na wysokości ponad 4100-4300m. Mały park narodowy to głównie skałkokamykami ułożone w ciekawe formy. Nawet udało mi się dostrzec skalę w kształcie głowy psa. Na terenie parku przy drodze głównej znajduje się spory cmentarz, a kawałek dalej komercyjne baseny termalne. Po niewielkim podjeździe wjechałem do miasta Huayllay, tu krótka przerwa, zakupy, obiad przed dalszą trudniejszą częścią dnia. Za miastem kończy się asfalt, wjeżdża się na około 4600 metrów n.p.m i porusza kolejną wyżyną z niewielkimi różnicami wysokości. Po prawie 40km dojechałem do restauracji przy skrzyżowaniu dróg 20A i 101. To tylko kilku budynków gospodarczych, mała restauracja i sklep. Właściciel zgodził się abym przenocował w jednym z budynków. Było tam nawet piętrowe łóżko z materacem i trochę starego, nieużywanego już sprzętu domowego. Restauracja znajduje się na wysokości 4722m n.p.m, więc to najwyżej spędzony przeze mnie nocleg w Andach jak do tej pory. Popołudniu zaczęła psuć się pogoda, zachmurzyło się, w oddali była burza, kilka deszczowych stref. Tym razem jednak miałem szczęście i nie padało na mnie. Pod samą restauracją zaczęło tylko mocnej wiać i sypać drobnym śniegiem.

Dzień 84, 14.01.2019, Droga 20A/101 – Abra Anticona
88km, 10.6śr, 55.6max, 1650m w górę, 8h24m, -2-15°C
Mroźna noc, dobrze że udało mi się przekonać gospodarza aby udostępnił mi szopę do spania. Za 10 sol oczywiście 🙂 W szopie miałem 0°C, na zewnątrz pewnie z pięć mniej. Rano wyjazd przeciągnąłem do 7:00, noc była gwieździsta ale poranek już mglisty i dopiero po dwóch godzinach wyszło słońce. Jak wyjeżdżałem było -2°C na 4722m n.p.m. Wszystkie kałuże rano były zamarznięte, a błoto nabrało dziwnej gąbczastej konsystencji. Przynajmniej nie brudziło. Brudny i tak byłem do południa jak wszystko odtajało. Po kilkunastu kilometrach zdobyłem kolejną przełęcz Abra Alpamarca, niestety nie było tablicy z nazwą i wysokością. Tak samo nazywa się kopalnia kilka kilometrów dalej. Po drodze z tylnej dętki zaczęło powoli schodzić powietrze… Podczas zmiany nie zauważyłem nic podejrzanego. Prawie nowa opona, dętka, bez szkieł, drutów. Być może to jakiś kamień, który przedostał się z wodą podczas przejazdu przez strumienie lub po prostu słaba dętka i samoczynne przebicie… W wiosce Marcapomacocha zatrzymałem się na obiad, tortilla con pollo czyli ryż, jajka i kurczak na talerzu 🙂 Do południa dużo wspinania nie było. Za wioską Marcapomacocha nadrobiłem trochę kilometrów, było trochę w dół i płaskich szybkich odcinków. Nawet początek podjazdu na kolejną przełęcz nie był zbyt wymagający. Dalej znów zaczynało się chmurzyć. Oczywiście padać zaczęło jak podjeżdżałem na przełęcz i nie było gdzie się schować. W pewnym momencie nadeszła burza i opad deszczu z kaszką śnieżną. Wciąż dziwią mnie burze i błyskawice przy tak niskich temperaturach, w Polsce mamy z reguły burze w upałach, tutaj nawet przy mrozie. Nie mając wyboru zsiadłem z roweru, kucnąłem i skuliłem się pod kurtką, aby zmęczyło mnie jak najmniej. Skuteczna metoda jak nie ma się gdzie schować. Duża goretexowa kurtka spełniła rolę peleryny. Przeczekałem tak jakieś 20 minut. Okoliczne góry zdążyły się zabielić. Okazało się, że 3km dalej, na przełęczy była kapliczka w której można było się schować…  Przełęcz niestety bez nazwy, ale mój wysokościomierz wskazał powyżej 4900 metrów, a to znaczy, że nowy rekord wyprawy w wysokości wjazdu z przyczepą został pobity. Na przełęczy wyszło słońce i zaczęła się gra światła, śniegu, kolorów gór i zielonych łąk. Piękny spektakl, chyba w nagrodę za trudne warunki podjazdu. Podczas zjazdu zatrzymywałem się kilka razy aby zrobić zdjęcie zmieniającego się krajobrazu. Pod koniec zjazdu czekała kolejna nagroda w postaci kilku serpentyn jedna po drugiej. W końcu dojechałem do głównej asfaltowej drogi która prowadzi na przełęcz Abra Anticona. Tylko 11km podjazdu i 600m w górę. Na przełęcz dojechałem już po zmroku. Kierowcy ciężarówek cierpliwie znosili moją obecność na drodze. Na przełęczy spodziewałem się jakiegoś zajazdu, restauracji, hotelu… Jednak nic takiego nie było. Znalazłem więc jakiś daszek i rozbiłem pod nim namiot… Spanie na wysokości 4818m n.p.m!

Dzień 85, 15.01.2019, Abra Anticona – Huaripampa
127km, 19.4śr, 47.2śr, 170m w górę, 6h31m, 2-23°C
Pomimo wysokości ponad 4800m n.p.m tej nocy nie zmarzłem. Dla ochrony przed nocnym deszczem lub śniegiem, który i tak w nocy nie spadł spałem pod daszkiem przy krótkiej ścieżce do pomnika jakiegoś świętego. Przez całą noc jeździła masa ciężarówek i czasami ich hałas i klaksony budziły mnie. Po sporym ruchu aut widać, że taka wysoka przełęcz jest główną arterią Peru i tranzytu towarów z Limy. W pobliżu przełęczy przebiega druga najwyższa linia kolejowa świata, która sięga 4783m n.p.m. Linię zaprojektował i wybudował polski inżynier Ernest Malinowski, którego monument znajduje się właśnie na przełęczy Anticona. A dziś miałem jeden z najłatwiejszych dni wyprawy… Rano szybki zjazd z przełęczy z ponad 4800 metrów do miasta La Oroya, a potem płaski etap wzdłuż rzeki Mantaro do małej wioski Huaripampa na wysokości 3400m. Widać, że droga z przełęczy zaprojektowana jest pod ruch ciężarówek. Podczas zjazdu nawet raz nie musiałem hamować, idealnie zaprojektowane zakręty i oszczędność klocków. W mieście La Oroya zatrzymałem się na chwilę na śniadanie i przebranie się. 800 metrów niżej było już zdecydowanie cieplej. Kolejne 80 km prowadziło drogą wzdłuż rzeki Mantaro. Okazało się, że droga ta o numerze 3S jest płatna. Na początku trochę byłem zdziwiony małym ruchem samochodowym, ale jak zobaczyłem punkt  poboru opłat, wszystko stało się jasne. Przez kilkadziesiąt kilometrów trasy obserwowałem często zmieniające się skały. Minąłem kilka jaskiń i skały ze stalaktytami oraz góry układające się w kolorowe warstwy. Łącznie zrobiłem ponad 120km w nieco ponad 6h i średnią prędkością prawie 20km/h. Nocleg w jedynej posadzie w wiosce Hauripampa.

Dzień 86, 16.01.2019, Huaripampa – Huanculayo
Dzień podporządkowany pod serwis roweru i wymianę mocno zużytego napędu. Rano, właściciel posady w której spałem zaoferował mi śniadanie. Pyszną kawę,  jajecznicę z zieloną pietruszką i miętą oraz miejscowe pieczywo panbolla. Z wioski Huaripampa do miasta Huacayo jest około 40km po płaskiej i prostej drodze. Nie można  się zmęczyć przejeżdżając przez cały dzień tak krótkiego odcinka w nieco ponad dwie godziny. Dzień mogę w sumie zaliczyć jako odpoczynek. W Huancayo od razu podjechałem do sklepu rowerowego Zona Extreme Bike Shop, który znalazłem wcześniej w internecie. To chyba jedyny  w mieście przyzwocie zaopatrzony sklep rowerowy i serwis. Serwisant nie miał w sklepie łańcucha i kasety do mojego roweru (pod 10 rzędów) i kazał przyjechać za kilka godzin. Miałem się sporo czasu aby odwiedzić pobliską galerię i znaleźć hotel. W wielkim supermarkecie spędziłem prawie dwie godziny. Rower bez obaw zostawiłem na strzeżonym parkingu galerii, wjazd i wyjazd obwarowany okazaniem biletu z numerem paszportu, kamery, ochrona. Zwiedziłem trzy piętra galerii i supermarket. W galerii byłem sklep turystyczny, ale kartuszów z gazem nie mieli. Pewnie dostanę dopiero w Cusco. W supermarkecie w końcu kupiłem kilka litrów mleka w dobrej cenie oraz tańsze niż w małych sklepach czekolady. Niedaleko galerii znalazłem hotel, ale zaraz po tym jak połączyłem się z siecią przeczytałem maila od Abela z Warmshowers, który odpowiedział na moją prośbę i zaprosił do sobie. Zrezygnowałem się z noclegu w hotelu i podjechałem pod wskazany adres Abela. Ten jednak był w pracy do 19:00, więc trochę czasu spędziłem w małej pizzerii. Przez 16:00 ponownie udałem się do sklepu rowerowego. Łańcuch i kaseta zostały dostarczone do sklepu niedługo potem. Kupiłem jeszcze dodatkowe łatki, dętkę oraz olej do łańcucha. W dętce na przyczepie znalazłem mały drucik, który przebił dętkę. Serwisant dodatkowo przeczyścił i przesmarował obie przerzutki. Po pół godzinie cieszyłem się z nowego napędu. Po serwisie ponownie podjechałem pod dom Abela. Mój pierwszy WS Host w Peru. Abela bardziej niż moja podróż przez Amerykę Południową interesowała poprzednia moja wyprawa przez Australię, co zrozumiałe. Pokazałem mu wiele zdjęć z Australii i trasę wyprawy.

Dzień 87, 17.01.2019, Huancayo, 0km, deszcz, odpoczynek
Połączenie deszczu i blachy aluminiowej na dachu to nie jest dobre połączenie o czym przekonałem się kolejny raz. W nocy bardzo mocno padało, a deszcz uderzając o blachę strasznie hałasował. Rano niestety też nie było lepiej, więc wykorzystując fakt, że nocuję za darmo u Abel’a z serwisu dla podróżników rowerowych Warmshowers, zdecydowałem o dniu wolnym od jazdy i odpoczynku. Wprawdzie po ostatnich dwóch dniach zmęczony nie byłem, Ale dłuższa regeneracja mięśni i stawów kończyn dolnych się przyda. Do południa nie było jak wyjść z domu. Dopiero popołudniu było więcej przejaśnień, ale groźne były jeszcze krótkie, chwilowe opady deszczu i gadu, który tutaj jest dość częsty. Godzinną przerwę na poprawę pogody wykorzystałem na krótki wypad do centrum Huancayo oraz ponowną wizytę w wielkiej galerii handlowej, standardem bardzo przypominającą nasze sieci… Były nawet znane marki kawowo-fastfoodowe. Prania nie bardzo było jak zrobić, serwis roweru zrobiony wczoraj, więc ja w końcu miałem trochę więcej czasu dla siebie. Możecie mi wierzyć, że brakuje mi bardzo wolnego czasu. Podczas całego dnia jazdy mam tylko krótkie chwile na odpoczynek, jedzenie czy robienie zdjęć. Poza tym jestem w ciągłym ruchu. Pod wieczór w hotelu lub namiocie też jest trochę obowiązków. Najbardziej nie lubię robić tego, co właśnie czytacie… Czyli wieczornego pisania codziennych relacji. Wieczorem, kiedy leżę już w śpiworze, próbuje nie myśleć o jeździe, rowerze… muszę się zmobilizować i opisać cały miniony dzień. W sumie wolę obejrzeć film albo chociaż jego fragment, pograć chwilę w grę na smartfonie lub porostu iść spać. Często podczas pisania poprostu zasypiam i pisanie relacji kończę już rano, zaraz po przebudzeniu.

Dzień 88, 18.01.2019, 0km, deszcz, Huancayo
Powtórka z wczorajszej nocy. Znów dużo deszczu do rana. Rano wcale nie lepiej. Ciągły deszcze do godziny 14:00, a potem częste opady przelotne. Do sklepu było ciężko wyjść, a co dopiero jechać parę godzin. Na jutro prognozy są o wiele bardziej optymistyczne… Popołudniu w końcu udało mi się wyjść do miasta i odwiedzić inną jego część i inną galerię. Zrobiłem zakupy podporządkowane pod zrobienie wesołych kanapek. Kupiłem duże bułki pszenne, trochę  szynki i żółtego sera, twarożek, pomidory, cebulę i keczup. Wieczorem uczta kanapkowa i oglądanie filmów w łóżku 🙂

Dzień 89, 19.01.2019, Huancayo – Huanaspampa
112km, 13.1śr, 44.9max, 1930m w górę, 8h31m, 5-24°C
Nareszcie udało się ruszyć dalej. Po trzech nocach i dwóch dniach spędzonych w domu Abel’a, kolejny poranek już przynajmniej nie był deszczowy. Zaraz po tym jak wyjechałem z Huancayo zaczął się długi, łagodny podjazd na prawie 3900m. Potem zjechałem w dół do miasta Izcuchaca na niecałe 3000m, by potem ponownie zacząć się wspinać. Na trzech tysiącach metrów było bardzo ciepło. W międzyczasie miałem dwie przymusowe przerwy na przelotne opady deszczu. Jedną spędziłem w przydrożnej restauracji pijąc poranna kawkę. Druga przerwa na przystanku w wiosce Azacruz. Nocleg planowałem gdzieś na wysokości 4000m w okolicach wioski Ayacocha, ale podjechałem jeszcze kilka kilometrów dalej do wioski Casablanca-Huanaspampa. Tam zjechałem z głównej drogi i udałem się pod budynek ratusza i starego kościoła. Przy ratuszu była fajna wiata czy schodach, więc tam planowałem nocleg. W międzyczasie zebrało się przy mnie kilka ciekawskich osób z wioski. Wykorzystując okazję, poprosiłem o wodę. Kiedy powiedziałem, że chcę zosta- w wiosce na noc, nikt nie miał nic przeciwko.  Jak zobaczyli, że rozkładam cienką karimatę na betonowej posadzce, zaczęli się nawet martwić, że zmarznę w nocy i przynieśli mi koc oraz dwie skóry z owcy, abym miał cieplej i wygodniej 🙂

Dzień 90, 20.01.2019, Huanaspampa – Santa Inez
105km, 11.4śr, 39.4max, 1450m w górę, 9h12m, 3-18°C
Dzięki pomocy mieszkańców z wioski spanie  bardzo wygodne i ciepłe. Rano ma 4000m wcale nie było zimno. Wyruszyłem punkt 6:00 i po niecałej godzinie byłem już w najwyższym punkcie drogi w okolicach wioski Jatunpampta ma wysokości około 4170m n.p.m. Potem zjazd do miasta Huancavelica. Tam przerwa na śniadanie i zakupy. Niestety nie udało mi się znaleźć WiFi. Zajrzałem do dwóch restauracji, ale albo nie mieli, albo nie chcieli się podzielić. W Huancavelica jest zabytkowy dworzec i wciąż czynna linka kolejowa do Huacayan, a w okolicach miasta spory kompleks z ciepłymi wodami termalnymi. Z Huancavelica zacząłem kolejny podjazd na przełęcz. Pogoda coraz bardziej dopisywała, było słonecznie ciepło. Za miastem asfalt już w kiepskim stanie, sporo dziur i chwilami przewaga szutru. Taki stan rzeczy na całej drodze 28D. Na przełęcz Abra Chonta o wysokości 4825m n.p.m wjechałem o 16:00. Cena za jej zdobycie była złamana nóżka, po tym jak wiatr przewrócił rower. Już na przełęczy widziałem, że po drugiej stronie będzie nieciekawie z pogodą. Ciemne chmury szybko zasłaniały niebo. Zanim zacząłem zjazd ubrałem kurtkę, rękawiczki i czapkę. Kilka kilometrów dalej zaczęło padać, ale jeszcze dało się jechać pomimo zimna. Dojechałem do wioski Chocloco, ale tam poza jednym sklepem nie było nic więcej. Obok wioski było widać drugą, opuszczoną już wioskę widmo bliżej dużego jeziora Choclococha. Postanowiłem zaryzykować i dojechać do kolejnej wioski z hotelem, który widziałem na mapie 9km dalej. Niestety w połowie drogi złapał mnie deszcz z mokrym śniegiem, a zamiast zjazdu w dół, był jeszcze krótki podjazd czego się nie spodziewałem. Przez samą wioską złapałem jeszcze flaka w tylnym kole i ostatnie 500-600m jechałem na obręczy. Przemarznięty doczłapałem się to jedynego alojamiento w wiosce. Mały, bardzo skromny pokoik, ale przynajmniej suchy. Wioska Santa Inez leży na wysokości 4600m, więc później było jeszcze zimniej. Rodzinny „hotelik” połączony z małym sklepem. Restauracji niestety nie prowadzili, bo zamówiłbym coś ciepłego na rozgrzanie. Poprosiłem tylko o wrzątek na herbatę, przebrałem się w suche rzeczy i wskoczyłem do śpiworka. Po godzinie udało mi się w końcu rozgrzać, mimo że temperatura w pokoiku nie było oszałamiającą.

Dzień 91, 21.01.2019, Santa Inez – Arizona
121km, 15.8śr, 41.6max, 1340m w górę, 7h38m, 2-20°C
Gdyby nie ciepły śpiwór, zmarzłbym nawet w pokoju. Rano myślałem, że wciąż pada, ale to tylko roztapiał się śnieg z nawisów śnieżnych i woda kapała na posadzkę. Zanim zacząłem jazdę musiałem zająć się rowerem, wymienić dętkę, wyczyścić i przesmarować wciąż nowy napęd, który wczoraj zaliczył pierwszy chrzest. Z Santa Inez miałem zjazd na około 3900m do wioski Rumicacha. Tam wjechałem na główną drogę 24A i komfort jazdy znów się poprawił. Tutaj w jednej z przydrożnych restauracji zjadłem śniadanie i napiłem się  kawy. Na śniadanie smażone jajka z pieczywem. Od skrzyżowania znów podjazd na przełęcz Abra Apacheta. Ponad 40km łagodnego podjazdu na wysokość 4746m n.p.m. Podczas zjazdu znów zbierało się na opad, jednak tym razem udało mi się uciec. Złapałem tylko kilka kropel deszczu i kilka gradowych kulek. Rano 30km zjazdu, potem 40km podjazdu, ponownie 50km zjazdu i dzień zakończony ze świetnym dystansem. Do popołudnia udało mi się dosuszyć wszystkie mokre rzeczy z wczorajszego kataklizmu podczas zjazdu z Abra Chonta. Nocleg w wiosce Arizona. Po cieplej kolacji (ryż z jajkiem) zapytałem gospodarza o możliwość noclegu. Zaproponował mały pokoik przy restauracji za 5 sol, więc się zgodziłem.

Dzien 92, 22.01.2019, Arizona, 0km, deszcz
Poranek deszczowy, więc wyjazd musiałem opóźnić o pół godziny. W restauracji na spokojnie wypiłem kawę i zjadłem małe śniadanie z własnych zapasów. Kiedy na chwilę przestało padać i spodziewałem się poprawy pogody wyruszyłem na trasę. Nie przejechalem nawet kilometra i znów zaczęło lać. Musiałem się wrócić z spowrotem do restauracji i tam przeczekać ulewę. Niestety nie zapowiadało się na rozpogodzenie. Po kilku godzinach oczekiwania ponownie zdecydowałem się na dzień odpoczynku. Popołudniu była szansa na przejazd dov miasta Ayacucho, ale z ryzykiem zmoknięcia. Praktycznie cały dzień przeleżałem, przespałem i niewiele robiłem. Kilometr za restauracją była stacja paliw i sprzedawca udostępnił mi hasło doc WiFi. Złamanej nóżki nie było gdzie zespawać. Był w wiosce jeden mechanik, ale jego spawarka nie spawała aluminium.

Dzień 93, 23.01.2019, Arizona – Droga 3S
112km, 10.5śr, 46.7max, 1810m w górę, 10h35m, 8-26°C
Poranek pochmurny i z nieba trochę kapało, ale zdecydowałem się na jazdę. W nudnej wiosce Arizona, nielele jest atrakcji. Spodziewałem się zjazdu do Ayacucho, a tym czasem musiałem wjechać 500m w pionie wyżej na ponad 3800m, gdzie oczywiście zaczęło padać. Do Ayacucho zjechałem nieco podmoczony, ale w mieście zaczęło się przejaśniać i robić coraz ciepłej. Przejechałem przez centrum miasta, plac główny i kilka uliczek kolonialnych z okazałymi balkonami. Potem zjadłem wczesny obiad (frytki, filet z kurczaka i sałatka) za 9zł. Potem jeszcze lody (cztery gałki 4zł, smaki chirimoya, mango, kokos i mięta). W sumie to drodze wjechałem jeszcze na najwyższe wzgórze z centrum miasta z widokiem na całą jego panoramę. Na szczycie park zabaw, kilka restauracji i spora figura Chrystusa patrzącego na Ayacucho. Wyjeżdżając z miasta mijałem mechaników samochodowych i co jakiś czas pytałem o możliwość spawania w aluminium, aby naprawić nóżkę. Po kilku próbach w końcu się udalo. Kilka minut spawania, obróbki metalu i nóżka jak nowa, a koszt tylko 10zł. Za Ayacucho było już tylko w górę, aż na wysokość powyżej 4200-4300m. Przełęcz o nazwie Abra Toccto oznaczona była na skrzyżowaniu dróg, a nie w najwyższym punkcie drogi 3S. Do przełęczy nie było żadnych wiosek, i może kilka przydrożnych restauracji. Za przełęczą już tylko pustkowie. Tylko droga i ogromne połacie łąk na wysokogórskim płaskowyżu. Obawiałem się tylko deszczu, który widziałem jak padał przelotnie w kilku miejscach wokół mnie. Pod wieczór obok drogi natrafiłem na starą chatę górską z kamienia z dachem ze strzechy. Idealne miejsce na nocleg na wypadek deszczu 🙂 Obok chaty było kilka zagród dla zwierząt. W chacie były dwie drewniane palety na których rozłożyłem karimatę i śpiwór. Nocleg na ponad 4200m więc ubrałem na siebie wszystko co miałem (bielizna termiczna, spodnie dresowe, bluza, podwójne skarpety i czapka. W połowie nocy przebudziła mnie przejeżdżająca ciężarówka, więc tylko obróciłem się na drugi bok.

Dzień 94, 24.01.2019, Droga 3S – Uribe
101km, 16.1śr, 46.3max, 1590m w górę, 6h16m, 7-24°C
Poranek znów trochę mokry, ale dało się powoli zjeżdżać. Przez część nocy trochę padało, ale strzecha szczelnie broniła mnie przed wodą. Ciepła i sucha noc w górach na 420m za mną. Dziś, ponad 60% trasy to zjazd na wysokość 1900m, a potem ponowny podjazd na około 3200m. W sumie łatwe 100km. Znów pojawiły się drzewka bananowe, awokado, pomarańczowe, jabłonie, mango i wiele innych. Dzień zakończony w miasteczku Uribe po 101km o 15:00. Sporo czasu dla siebie, wyrywkowe pranie, mały serwis roweru. Po kilku dniach ochoty na danie z makaronem w końcu udało mi się znaleźć restaurację w której pasta była dostępna. Szefem małej knajpki był Wenezuelczyk. Przygotował mi sporą porcję podsmażanego makaronu z kurczakiem, cebulą, papryką, świeżym szczypiorkiem i pomidorem 🙂 Mając więcej czasu wieczorem, ponownie zająłem się rowerem. Wymieniłem i załatałem przepuszczającą dętkę w przyczepce. Opona w przyczepie jest już bardzo cienka, typowy slick i dlatego dętka częściej łapie dziury. Wymieniłem przednie klocki hamulcowe i założyłem naprawioną nóżkę. Oczywiście przeczyściłem i przesmarowałem napęd. Po trzech miesiącach skończył mi się olej do łańcucha, ale już w Huancayo to przewidziałem i kupiłem małą buteleczkę Finish Line.

Dzień 95, 25.01.2019, Uribe – San Jeromino
83km, 14.8śr, 48.3max, 1350m w górę, 5h35m, 10-25°C
W sumie odwrotny dzień do wczorajszego. Najpierw podjazd z miasta Uribe na przełęcz bez nazwy na wysokość 4290m n.p.m, a potem zjazd do miasta Andahuaylas na około 3000m. Przełęcz w miarę łatwa, nie było stromego wspinania, tylko delikatny długi podjazd. W okolicach przełęczy znów minąłem kontrolę policyjną. Kontrolowali każde auto i motocykl, ale mną się nie interesowali 🙂 Przełęcz zdobyta do południa, a potem długi szybki zjazd. Kolejny zjazd z przełęczy oszczędzający klocki hamulcowe Dobrze wyprofilowane zakręty, na których nie musiałem dużo hamować. Droga 3S przygotowana jest dla ruchu ciężarówek. Pod koniec zjazdu niestety zaczęła psuć się pogoda, niebo zakryły czarne chmury, a z oddali słychać było burzowe grzmoty. Zdążyłem przejechać przez centrum miasta Andahuaylas, zrobić zakupy i zapytać o dętkę w rowerowym. Chwilę potem zaczęło popadywać. Na głównej drodze miasta było sporo tanich hoteli od 10 sol. Niestety żaden nie miał WiFi. Podjechałem kilka kilometrów za Andahuaylas, do małego miasteczka San Jeronimo i tam znalazłem hostal w ramach mojego budżetu z WiFi, ale bez łazienki w pokoju. Jeszcze przed burzą, na wysokości 3000 metrów było bardzo ciepło. Temperatura oscylowała w okolicach 25°C, aż miałem ochotę na lody 🙂

Dzień 96, 26.01.2019, San Jeromino – Abancay
143km, 13.7śr, 55.5max, 2700m w górę, 10h24m, 10-24°C
Szalony dzień! 143km, przełęcz na 4130m, 2700m przewyższenia i nocny dojazd do miasta Abancay. Rano plan był inny, ale długi, popołudniowy zjazd w dolinę zmienił priorytety. Do południa 40km podjazdu na przełęcz, potem trochę w dół, znów mały podjazd i szalony zjazd na poniżej 2000 metrów n.p.m do doliny rzeki Rio Pachachaca Abancay. Ostatnie 13km do miasta Abancay to wieczorny podjazd. Po drodze przejazd przez wioski California i Los Angeles. Takie długie, górskie etapy nie zdarzają się zbyt często, więc najbardziej cieszy wykręcony dystans i spore przewyższenie. Wieczorna końcówka pod górę była już na „wykończenie” ze słabym tempem. Poza tym, przed dalszym trudnym etapem bez asfaltów przydało by się w końcu zamienić tylne koło roweru z drugim zapasowym z przyczepki. Spanie w tanim i mało przyjemnym hotelu. Pokój bez okna, brzydki zapach. Wieczorem coś musiało się stać większego, bo w całej okolicy nie było prądu, a tym samym WiFi. I tak do czasu, aż nie wyruszułem dalej rano.

Dzień 97, 27.01.2019, Abancay – Curahuasi
71km, 13.6śr, 38.6max, 1620m w górę, 5h09m, 13-27°C
Po wczorajszym hardcorowym dniu, rano nawet z łóżka mi się nie chciało wstać. Wieczorem, tak jak stałem poszedłem spać.  Wyszedłem tylko do restauracji obok na kolację z frytek i kurczaka. Rano z łóżka zebrałem się dopiero po siódmej. Nie było prądu, nie było WiFi, pokój mały, nieprzyjemny, bez okna więc zdecydowałem że przejadę chociaż przełęcz i zatrzymam się w kolejnym miasteczku Curahuasi. 35km podjazdu do przełęczy wykręciłem do 13:00. Słabe tempo, ciężkie nogi i ponad 1600 metrów przewyższenia. Na podjeździe bylo kilka serpentyn i doskonała panorama na miasto Abancay. Mogłem obserwować też drogę, którą pokowywałem wczoraj w dół, po drugiej stronie doliny. Przełęcz niestety bez nazwy o wysokości około 4030m n.p.m pomiędzy miastami Ananasy i Curahuasi na drodze 3S. Dobrze, że to klasyczna przełęcz i za nią było już tylko w dół, bez żadnych podjazdów. Dzień jazdy zakończyłem po 15:00. Po raz kolejny szczęśliwie, w niedziele, w małym miasteczku znalazłem sklep rowerowy i prakytycznie sam zamieniłem tylko koło roweru z zapasowym z przyczepki Extrawheel Brave. W sumie jedyne czego potrzebowałem to bacik do blokady kasety i klucz płaski lub francuski do jej odkręcenia. Klucz do kasety mam ze sobą, tak jak torx do odkręcania tarczy hamulcowej na sześć śrub. Trochę musiałem się nasiłować zanim śruba od kasety się poddała. Na koniec zamiana opon i po piętnastu minutach rower był ponownie złożony, a tylne koło roweru na rowerowej emeryturze już na przyczepce. Ogółem oryginalne koło Author’a Ronin na obręczy Jalco 250R przejechało ponad 18000 kilometrów przez Australię, Nową Zelandię i z Caracas w Wenezueli aż prawie do Cusco w Peru. Stożkowana, dwukomorowa, nie kapslowana obręcz na 32 otwory bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła swoją  niezawodnością i długowiecznością. To najdłużej używana przeze mnie obręcz, jak i całe koło, które uważam za pancerne. Ciekawy jestem jak mocniejsze by było, gdyby jeszcze owa obręcz była kapslowana!? Polska przyczepka rowerowa Extrawheel Brave jako jedyna na Świecie daje możliwość zabrania ze sobą zapasowego kompletnego tylnego koła roweru. To, że podczas wyprawy będę musiał dokonać takiej zmiany było praktycznie pewne. Różnica polega na tym, że sam decyduję kiedy chce to zrobić i nie muszę kupować koła, a tylko zamienić na takie jakie wcześniej sobie sam złożyłem. W Peru i tak bym miał problem z zakupem mocnego koła pod wyprawę rowerową. Najbardziej popularne są tutaj koła 26 cali, w większych miastach zdarzają się sklepy które oferują rowery na kołach 29′ ale z szerokimi obręczami pod grube opony, a rama Author’a Ronin ma swoje limity. W każdym razie moje „nowe” tylne koło z przyczepy zbudowane jest na mocnej obręczy Accent Airplane, również dwukomorowej, nie stożkowanej, na 36 otworów i kapslowanej. Na tym modelu obręczy przejechałem już kilka poprzednich wypraw bez kłopotów. Koło uzupełniają stalowe szprychy Sapim o grubości 2mm i mocna piasta Quando. Popołudniu w miasteczku wciąż nie było prądu, tak jak w całej okolicy od Abancay, w sumie ponad kilkadziesiąt tysięcy ludzi bez prądu od prawie doby. Na wysokości 2700 metrów temperatura ponad 25°C, a tu nawet lodów czy zimnego piwa nie można kupić 😂 Prąd, WiFi i całe życie w mieście w niedzielę wróciło dopiero po 18:30. Do tego czasu zdążyłem trochę odpocząć, wsiąć długi ciepły prysznic, zrobić większe pranie, zwiedzić miasto i zjeść obiadokolację. Chociaż najbardziej zadowolony jestem w zamiany kół 😁 Od jutra misja „Machu Picchu”. Mam nadzieję, że uda mi się plan i dojazd do MP skrótem od południa…

Dzień 98, 28.01.2019, Curahuasi – Izcachaca
101km, 16.1śr, 48.9max, 2000m w górę, 6h14m, 15-32°C
Poranny wyjazd opóźniony o godzinę w powodu deszczu. Potem jednak w dwie godziny zrobiło się słonecznie i upalnie wręcz. Na dodatek zjechałam na wysokość zaledwie 2000m n.p.m do dolinę rzeki Apurimac i od tego momentu zaczęła się wspinaczka na w sumie łatwą przełęcz na około 3750m n.p.m. Koło południa przekroczyłem dystans 8000km przejechanych od początku wyprawy, potem miałem dwa flaki spowodowane przez kolce z krzaków rosnących przy drodze, potem znów złamałem nóżkę. Rano spotkałem parę Francuzów, którzy przeszli szlak Salkantay i stanowczo odradzali mi, aby próbować przedostać się z rowerem tą trasą pod Machu Picchu. Podobno zbyt stromo i wąsko… Na skrzyżowaniu dróg pod miasteczkiem Mollepata spędziłem długą chwilę walcząc z myślami, ale zdecydowałem, że do MP pojadę drogą główną, bardzo naokoło… W dwie strony projekt „Machu Picchu” zajmie mi pewnie jakieś pięć dni, ale po drodze będą jeszcze inne atrakcje, no i dwukrotne pokonam przełęcz Abra Màlaga na 4500m n.p.m. Koło wioski Limatambo odwiedziłem inkaskie ruiny Tarawasi. Urozmaicony dzień wyprawowy. Jutro kierunek MP i kolejne atrakcje związane z Imperium Inków.

Dzień 99, 29.01.2019, Izcachaca – Carrizales
123km, 13.1śr, 46.8max, 2480m w górę, 9h18m, 7-24°C
Znów dziś zaszalałem, a po drodze jeszcze mogłem podziwiać kilka inkaskich atrakcji. 123km, prawie 2500 podjazdów pionowo w górę, przełęcz na 4300m n.p.m i ostatnie 30 km jazdy nocnej. Wszystko po to by jutro spokojnie dojechać pod Machu Picchu i pojutrze z samego rana odwiedzić to sławne miejsce. Zaraz po tym jak wyjechałem z Izcachaca, dojechałem do wioski Maras, obok niej znajdują się inkaskie saliny, czyli miejsca z których pozyskuje się sól. Niestety nie udało mi się ich zobaczyć. Oddalone są od wioski o kilka kilometrów na północny-wschód, a ja jechałem w drugim kierunku. Kilka kilometrów dalej znajduje się kolejna atrakcja o nazwie Moray. To ogromne inkaskie ogrody, które można podziwiać z góry. Potem zaliczyłem małą wpadkę, bo google maps poprowadziło mnie drogą, która jest ślepa. Po kilku kilometrach musiałem się wrócić i zjechać w dolinę inną trasą. W „Świętej Dolinie Inków” zostawiłem przyczepkę w pierwszym napotkanym hotelu. Ponieważ po odwiedzeniu Machu Picchu będę wracał tą samą drogą, nie ma sensu ciągnąć przyczepy przez prawie 400km w obie strony. Poza tym bedzie mi łatwiej jechać wzdłuż torów i poruszać się w wąskich uliczkach Aguas Calientes. Chwilę potem przejechałem przez inskaską wioskę Ollantaytambo. Tutaj znajduje się kolejna atrakcja. Spora inkaska forteca, jednak na razie ominąłem to miejsce i odwiedzę je w drodze powrotnej. Kilka kilometrów za wioską zaczyna się drugi i kręty podjazd na przełęcz Abra Malaga na wysokość ponad 4300m n.p.m. Do pokonania ponad prawie 40km w górę, 1500m przewyższenia i 43 zakręty-agrafki. Ostatnie kilkanaście kilometrów jechałem już po ciemku. Na przełęczy było chłodno, więc jeszcze zdecydowałem się na powolny zjazd do pierwszego napotkanego miejsca z dachem, gdzie mógłbym przenocować. Ponownie miałem wiele szczęścia, bo zaczynało padać. Udało mi się zjechać do osady przy o nazwie Carrizales i restauracji Dina. Chwilę potem rozpadało się na dobre i lało prawie całą noc. W restauracji zamówiłem kolację, zrobiłem małe zakupy i poprosiłem o możliwość przenocowania na kozetce przy palenisku. W restauracji pracowała nastolatka i jej młodszy brat, zapytali rodziców o moje spanie, a Ci nie mieli nic przeciwko. Nocleg na wysokości prawie 3300m n.p.m. Palenisko wygasło koło północy, więc jeszcze przez kilka godzin miałem aż za ciepło.

Dzień 100, 30.01.2019, Carrizales – Aguas Calientes
86km, 15.5śr, 47.8max, ,1110m w górę, 5h34m, 12km pieszo!
No ciepłej i suchej nocy, rano zacząłem długi zjazd do wioski Santa Maria na wysokość zaledwie 1200m n.p.m. Ponad 50km w dół z licznymi zakrętami, nawtorami i wieloma przeprawami wodnymi. Po bardzo deszczowej nocy, kilka strumieni przepływających przez drogę było naprawę rwących. Kilka z nich przejechałem obawiając się, czy mnie nie „zmyje” w dół doliny. Kilka razy całkiem przemoczyłem buty na takich przeprawach. Podczas zjazdu, pomiędzy wioskami zaskoczyła mnie ulewa, która skoczyła się tak szybko, jak się zaczęła. Nie widziałem jeszcze tak mocnego deszczu z cienkiej warstwy chmur z licznymi prześwitami błękitnego nieba nade mną. Przy jednej z wiosek, miesiąc wcześniej wartka woda zerwała spory most. Teraz w tym miejscu budowlany jest nowy most i jest sporo utrudnień w tym miejscu. Na drugą stronę rzeki przedostałem się po małej kładce, stromym zejściem i podejściem. Od wioski Santa Maria droga jest szutrowa aż do jej końca przy hydroelektrownii. Po 23km dojeżdża się jeszcze przez małe miasteczko Santa Teresa, a po kolejnych 10 do owej elektrowni i początku linii kolejowej która przez miasto Aguas Calientas prowadzi do Cusco. Z około 1200m n.p.m przy moście w Santa Maria trzeba wjechać na ponad 1800 metrów przy stacji kolejowej przy hydroelektrowni. Cały ten odcinek prowadzi zboczem wzdłuż malowniczej  doliny rzeki Urubamba. Tak jak się spodziewałem, jazdę rowerem zakończyłem przy hydroelektrowni, jakieś 11km od AC. Strażnicy nie chcieli wpuścić mnie z rowerem na tory. Rower musiałem zostawić na prywatnym, płatnym parkingu po drugiej stronie rzeki, obok restauracji, koszt 5 sol/doba.Technicznie pokonanie odcinka rowerem do AC to żaden problem. Wystarczająco dużo miejsca obok torów aby spokojnie przejechać 90% dystansu. Przez kilka miejsc trzeba by rower przenieść, ale przejazd to żadne wyzwanie. Niestety zakazy… No nic, jedenasto kilometrowy spacer wzdłuż torów i hałaśliwej rzeki Urubamba dobrze mi zrobił, w końcu nie chodziłem tak daleko od ponad trzech miesięcy. Do Agua Calientas dotarłem po około dwóch godzinach marszu, po zmroku. O dziwo minąłem tylko parę osób, to dobrze wróży przed jutrzejszym dniem. Znalazłem tani nocleg, odwiedziłem restaurację, w której zamówiłem pizze i małe piwo. Udało mi się też znaleźć bankomat, kupić bilet wstępu na Machu Picchu oraz odebrać dętkę, którą koleżanka zostawiła mi kilka tygodni wcześniej odwiedzając MP 🙂 Takiej komercji jak w AC, toja jeszcze w Peru nie widziałem… Zupełnie jak bym był nad polskim morzem lub w Zakopanem. Tak „innych” niż zazwyczaj peruwiańczyków też nie spotkałem. Już nie jestem Gringo tylko Señor, Mister lub Friend. Przy restauracjach i hotelach sami naganiacze zachęcający klientów łamanym angielskim. Tylko pamiątki jakby mniej chińskie, a w większości robione ręcznie tutaj. Ceny w mieście 2-3 krotnie wyższe niż w pozostałej (normalnej) części Peru. Całe miasteczko jakby wybudowane wyłącznie na potrzeby turystów. Jest w mieście wiele nawiązań do Machu Picchu i Inków (napisy, monumenty, przebierańcy), ale generalnie same hotele, restauracje i sklepy w pamiątkami. Miasteczko usytuowane jest na stromym zboczu w ciasnej zabudowie. Przez jego środek przebiega deptak z linią kolejową która kończy się przy hydroelektrownii i prowadzi do Ollantaytambo i Cusco.

Dzień 101, 31.01.2019, Aguas Calientes – Machu Picchu – Hydroelektrownia, około 17km pieszo
Po nocy spędzonej w hostelu,  podekscytowany wizytą w MP, obudziłem się  już o 5:30. Rano myślałem, że pada deszcz, ale był tylko głośny szum rzeki przepływającej przez środek miasteczka. Z AC do mostu, z którego zaczyna się podejście pod MP jest tylko jakieś 1.5km. Idzie się drogą, wzdłuż rzeki i mija parking z busami, które wwożą i zwożą turystów. Przed wejściem na most jest budka strażnicza i pierwsza kontrola biletów. Za mostem zaczynają się dosyć strome schody, które prowadzą do bramy głównej pod MP. Do przejścia ponad 400 metrów pionowo w górę na odcinku około 2km. Średnie nachylenie to więc około 20% czyli 200 metrów przewyższenia na jednym kilometrze. Kilka razy przecina się drogę, po której kursują busy z turystami. Wejście zajęło mi mnie jak godzinę, ale większości podchodzących turystów ta sztuka zajmuje nawet dwie godziny. Pod bramą MP znajdują się płatne toalety, kasa biletowa dla busów (12 dolarów lub 40 sol zjazd i tyle samo wjazd z AC za 20 minut jazdy busem przez 12km) oraz oczywiście wejście główne do Machu Picchu. Przy wejściu robi się niewielka kolejna, sprawdzone są bilety oraz skanowane paszporty. Kilkadziesiąt metrów dalej zaczynają się spektaklularne widoki najlepiej zachowanego i najbardziej znanego miasta Inków. Niestety pogoda tego dnia nie była najlepsza, gruba warstwa ciężkich chmur wisiała nad MP, co chwilę padało i nie było szans na zrobienie pięknego zdjęcia z rozpoznawalnym widokiem z MP. Wiele osób  poprostu rozsiadło się na licznych tarasach powyżej ruin miasta w oczekiwaniu na przejaśnienie i zdjęcie, ale ja postanowiłem zwiedzić miasto i ruszyłem w ponad godzinny spacer pomiędzy kolejnymi interesująmi częściami miasta. Ogółem cała wizyta w MP od mostu na rzece Urubamba i początku schodów do zejścia w to samo miejsce, zajeła mi ponad cztery godziny. Oczywiście, na MP można spędzić cały dzień, a dla niektórych i tyle będzie mało.  Ale ja chciałem jeszcze wrócić z powrotem do hydroelektowni, a skutki niechodzenia przez ponad trzy miesiące odczuwałem już podczas zejścia z MP. Chodzenie w butach rowerowych nie należy do najbardziej wygodnych. Po powrocie do hydroelektrownii zauważyłem znaczne pogorszenie się stanu butów w ich przedniej części. Długi spacer po kamieniach nie wpływa dobrze na obuwie rowerowe. Powrót do hydroelektrownii zajął mi tyle samo czasu co wczoraj w drugą stronę. Po drodze nawet minął mnie pociąg, który przejechał z Cusco. Część trasy wzdłuż torów w deszczu, popołudniu było trochę przejasnień, ale też kilka dłuższych opadów. Nocleg  na ławce przy restauracji koło parkingu przy hydroelektrownii. Na terenie „dworca kolejowego” znajduje się kilkanaście restauracji, straganów, kasa biletowa, posterunek policji i kilka prywatnych kwater noclegowych. Po ilości turystów na trasie przez przełęcz Abra Malaga i drogę do Hydroelektrownii wnoszę, że zdecydowana wieszkość odwiedzających Machu Picchu wybiera połączenie kolejowe z Cusco lub Ollantaytambo do Aguas Calientes. Ciekawy jestem, czy możliwe jest przejechanie pociągiem wraz z rowerem na odcinku Ollantaytambo – Aguas Calientes? Cena biletu to tylko 10 sol dla wszystkich turystów niezależnie od kraju pochodzenia.

Dzień 102, 1.02.2019, Hydroelektrownia – Ollantaytambo
152km, 12.2śr, 46.8max, 3790m w górę, 12h27m, 6-30°C
Wczoraj Machu Picchu i przerwa w rowerowaniu, a dziś kosmiczny etap i rekord wyprawy. Jak bym dziś odwiedzał Machu Picchu to miałbym dużo większe szanse na lepsze widoki i zdjęcia. Dystans 152km, przewyższenie 3700m pionowo w górę, ponad 70km podjazdu, po raz drugi zdobyta przełęcz Abra Malaga, pokonanie 80 zakrętów-nawrotów i cały dzień z bardzo zmienną pogodą.
Po nocy spędzonej na niewygodnej ławce, przed 6:00 byłem już na trasie… Ponad 30km zjazdu w półtora godziny i z radością powitałem asfalt na drodze 28B. Z wysokości 1200m n.p.m w miasteczku Santa Maria na przełęcz Abra Malaga jest jakieś 70km długiego, ale łagodnego podjazdu z przewyższeniem około 3200 w górę! W 1/3 podjazdu na 2500m temperatura sięgała 30°C, na przełęczy było stopni 6. Na bardziej płaskich odcinkach podjazdu wykrecałem prędkości nawet 14-15km/h, na 4-5% trzymałem się 10km/h. Z przyczepą było by pewnie średnio 1-2km/h mniej. Prawdziwie górski odcinek drogi zaczyna się od wioski Alfamayo na 40km przed przełęczą. Po drodze minąłem niewielkie inkaskie ruiny w wiosce Huamanmarca o nazwie Wamanmarca, a podczas krótkiej przerwy na miejscową kawę po raz pierwszy miałem okazję z bliska zobaczyć krzak tytoniu. Końcowe 44km to szybki zjazd do miasteczka Ollantaytambo i półtora godziny zabawy. Jeszcze przed zmrokiem dojechałem do kolejnego historycznego miasta Inków w ich Świętej Dolinie. Jutro zwiedzanie fortecy Inków w Ollantaytambo, potem przejazd do Cusco i dzień wolny. Na licznych strumieniach przepływających przez drogę, tym razem nie zmoczyłem butów, ich nurt był zdecydowanie mniejszy. Przymusową półgodzinną przerwę musiałem za to zrobić przy moście w budowie w okolicach wioski Huamanmarka. Jakiś miesiąc temu most został całkowicie zerwany i teraz trwa budowa nowego, kilkadziesiąt metrów dalej. Jest to spore utrudnienie na drodze dla wszystkich jej użytkowników. Rowerem i pieszo odcinek ten można pokonać tylko przez wąską kładkę na rzece, do której prowadzi strome zejście z obu stron. Droga na jakiś czas została zamknięta, aby drogowcy mogli przeprowadzić niezbędne prace. Różnica w klimacie pomiedzy Ollataytambo a Santa Maria jest ogromna. W Ollataytambo przyjemny górski klimat, a zaledwie  kilkadziesiąt kilometrów dalej w dolinie na wysokości 1200m n.p.m jest upalnie i wilgotno. Prawdziwe tropiki. Wzdłuż drogi w dolinie rosną plantacje kawy, bananów, koki, udało mi się znaleźć nawet krzew tytoniu. Temperatura w najcieplejszym momencie dnia przekracza 30°C.

Dzień 103, 2.02.2019, Ollataytambo – Cusco
99km, 12.4śr, 41max, 1650m w górę, 8h, 12-23°C
Rano miałem w planie zwiedzić nigdy nie ukończoną fortecę Inków na zboczu góry nad miastem Ollataytambo, ale cena biletu skutecznie odwiodła mnie od tego pomysłu. Zrobiłem tyko kilka zdjęć fortecy z dołu i ruszyłem w kierunku Cusco. Po drodze w wiosce Puchar odebrałem przyczepkę z hotelu, w którym ją zostawiłem kilka dni wcześniej i zacząłem podjazd do miasta Urubamba. W Urubamba przejechałem w sumie tylko obwodnicą miasta i od razu skierowałem się na Cusco. Kolejne kilka kilometrów prowadziło serpentynami w górę, a maksymalnie dziś wjechałem na ponad 3800m n.p.m przy miasteczku Chinchero. Na kilka kilometrów przed samym Cusco zebrało się na burzę i deszcz. Część opadu przeczekałem w restauracji zajadając obiad. W restauracji z jednym daniem w menu był ryż, jajka, smażone banany i ogórek z pomidorem jako sałatka. Przed samym Cusco deszcz i burza zatrzymały mnie na kilkanaście minut. Potem po małej przełęczy na 3700m zjechałem w dół do centrum miasta które leży na wysokości około 3400m n.p.m. Najbardziej okazałym miejscem w Cusco jest plac główny czyli Plaza de Armas de Cusco. Na środku sporego prostokątnego placu znajduje się fontanna z posągiem króla Inków. Obok stoi katedra oraz barokowy kościół. Plac otoczony jest kolonialnymi arkadami, w których znajdują się kafejki, restauracje i agencje turystyczne. Z placu głównego zjechałem niżej, mijając Mural Cusco oraz kolejny ogromny monument króla Inków Pachacutec’a, który stoi na jednym z większych skrzyżowań w mieście. Potem już tylko szukałem taniego noclegu, co wcale nie było takie łatwe. Zastanawiałem się nad hostelem w samym centrum Cusco za 4$, ale ostatecznie wyjechałem na obrzeża miasta i tam po kilku próbach znalazłem hotel za 20 sol. Ponownie nic specjalnego bo nawet cieplej wody nie było, ale 400 metrów dalej miałem przynajmniej supermarket.

Dzień 104, 3.02.2019, Odpoczynek, 0km
W końcu upragniony dzień wolny i błogie lenistwo przez cały dzień. W powodu niedzieli nie udało mi się oddać rzeczy do prania, a na ręczne nie miałem mocy. W sumie wyszedłem tylko raz z pokoju na zakupy w pobliskim supermarkecie. Udało mi się też kupić zapasowe baterie do licznika i spory gwóźdź do naprawy nóżki. Powoli zaczynam myśleć o fryzjerze. Przydało by się małe strzeżenie włosów i brody. Drugi but po spacerze na MP wymaga naprawy, więc wizyta u szewca też będzie konieczna w najbliższych dniach. Nie udało mi się też kupić kartusza gazowego do mojej  małej kuchenki. W jednym ze sklepów górskich (kiepsko wyposażonych) mogłem w sumie kupić mini kuchenkę i kartusz do niej za 100zł, ale chyba się obędę bez gotowania.

Dzień 105, 4.02.2019, Cusco – Combapata
106km, 16.4śr, 50.4max, 1080m w górę, 6h27m, 13-29°C
W taki łatwy i płaski etap po dniu odpoczynku powinienem zrobić co najmniej 150km. Niestety, jak się oddaliłem od Cusco zaczęły się kłopoty z dętką w przyczepce. Powietrze schodziło powoli, więc spodziewałem się małej dziurki. Okazało się, że to nie przebita dętka, a wentyl, który zupełnie odkleił się od reszty dętki. Taki defekt jest nie do naprawienia, więc kolejne 25km jechałem z „kapciem” w przyczepie. W kolejnym miasteczku Urcos znalazłem sklep wielobranżowy, gdzie były dętki. Udało się dopasować rozmiar 27″ czyli 37/45×622 ale z wentylem samochodowym. Konieczne więc było rozwiercenie otworu na wentyl w obręczy. Cała usługa wyniosła mnie 20 sol. 15 za dętkę i 5 za rozwiert. Przez usterkę straciłem jakieś 2h czasu. Od Urcos zaczął się długi i bardzo łagodny podjazd wzdłuż rzeki Urubamba. Po drodze minąłem miasteczka Cusipata i Checacupe z których można dojechać pod Góry Tęczowe z dwóch stron doliny. Ja, niestety odpuszczam sobie to miejsce i jadę dalej na południe. Pogoda nie sprzyja podziwianiu kolorowych skał. Aby zobaczyć w pełni efekt tego miejsca musi być słońce, i to o odpowiednej porze dnia i pod odpowiednim kątem. Teraz nie ma na to szans. Dzień zakończyłem z dystansem ponad 100km w małym mieście Combapata. Nie udało mi się znaleźć szewca, na fryzjera nie miałem ochoty, a kilku mechaników w mieście niestety nie spawało w aluminium, więc naprawę nóżki też muszę przesunąć.

Dzień 106, 5.02.2019, Combapata – Santa Rosa
100km, 16.6śr, 58.0max, 1030m w górę, 5h59m, 11-26°C
Noc i poranek deszczowy, a wyjazd przesunąłem po prawie godzinę. Do przełęczy miałem ponad 70km podjazdu o niewielkim nachyleniu. Dopiero kilka kilometrów przed samą przełęczą zrobiło się  trochę bardziej stromo. Przełęcz Abra La Raya na ponad 4300m n.p.m i należy do jednych z najłatwiejszych w Andach. Za przełęczą miałem niewiele zjazdu, wjechałem na płaskowyż i zastanawiam się czy to już Altiplano. Przez cały dzień pogoda była bardzo zmienna. Często nadciągały deszczowe chmury z których padało po kilka minut, ale też wychodziło słońce i robiło się naprawdę ciepło. Popołudniu po 100km dojechałem do miasteczka Santa Rosa na wysokości powyżej 4000m n.p.m. Chwilę potem była burza i dłuższy deszcz. Pytałem o nocleg w kilku hotelach. Ceny od 10 do 25 sol, ale w żadnym nie było WiFi. To, udało mi się znaleźć w miejscowym ratuszu w którym była biblioteka. Na kolację obiad w restauracji… Zupa z makaronem, ryż z warzywami i kurczakiem oraz rumianek do picia za 5sol!

Dzień 107, 6.02.2019, Santa Rosa – Macusani
105km, 12.0śr, 43.8max, 1180m w górę, 8h45m, 5-18°C
Dzień w którym pierwszy raz z bliska widziałem flamingi. Poranek chłodny, słoneczny. Słońce w sumie było ze mną aż do południa, dopiero potem zaczęło się chmurzyć i straszyć deszczem. Tylko raz padał deszcz z gradem, ale miałem szczęście i schroniłem się pod dachem starej szopie koło drogi. Podjazd na przełęcz w miarę łatwy, nachylenie małe, tylko miejscami nieco więcej procent. Do miasta Nuñoa był asfalt, a dalej już tylko szuter. Przy jeziorze Laguna Ututo po raz pierwszy miałem przyjemność z bliska obserwować flamingi. Około 20stu dużych różowych ptaków na długich nogach z czarnymi zakrzywionymi dziobami brodziło przy brzegu jeziora. Przez cały dzień minęło mnie może dziesięć pojazdów. Przynajmniej odpocząłem od szalonych peruwiańskich kierowców… Na przełęczy bez nazwy był tylko metalowy krzyż i od razu przypomniała mi się alpejska przełęcz Col de la Croix de Fer We Francji, czyli Przełęcz Żelaznego Krzyża. Jako pionier i zdobywca na rowerze przełęczy bez nazwy, mam prawo ją nazwać, tylko nie wiem jak by to było po hiszpańsku 🙂 Jutro czeka mnie jeszcze wyższa przełęcz niż dziś, przydała by się przywoita pogoda, bo dziś śpię na wysokości ponad 4300 metrów n.p.m i rano będzie zimno.

Dzień 108, 7.02.2019, Macusani – Saytococha
122km, 14.9śr, 57.1max, 1280m w górę, 8h09m, 3-18°C
Poranek zaskoczył mnie zimową aurą, temperatura o 7:00 wynosiła tylko 3°C, a miasteczko Macusani i cała okolica przykryta była kilku centymetrową warstwą śniegu. Przed wyjazdem założyłem odzież termiczną, podwójne skarpety i zimowe rękawice. Do przełęczy miałem 21km podjazdu i tylko niecałe 600 metrów przewyższenia. W zimowych warunkach przełęcz Abra Oquepuño o wysokości prawie 4900m n.p.m zdobyłem po dwóch godzinach. O dziwo na przełęczy temperatura wynosiła już kilkanaście stopni. Na przełęczy znajduje się kościół w budowie. Granica śniegu po drugiej stronie przełęczy była na wysokości około 4600m n.p.m czyli zdecydowanie wyżej niż od strony Macusani. Drugi dzień z rzędu, nawet na chwilę nie zjechałem poniżej 4000 metrów n.p.m. Najniżej na 4100m byłem na skrzyżowaniu dróg 34B z 34H. W drugiej części dnia ponownie rozpocząłem podjazd na bardzo długim płaskowyżu. Przez kilkadziesiąt kilometrów wjechałem tylko 300 metrów w górę, jadąc wzdłuż rzeki San Anton. Popołudniu zaczęło mocniej wiać z boku co trochę mnie spowolniło. Brak jakiegokolwiek miejsca na nocleg w wiosce Saytococha sprawił, że po jakimś czasie przeprosiłem się z namiotem. Nocleg na wysokości 4400m n.p.m w namiocie pod dachem opuszczonego budynku przy drodze 20km przed miastem Ananea.

Dzień 109, 8.02.2019, Saytococha – Coyata
101km, 12.7śr, 55.7max, 1030m w górę, 7h58m, 6-17°C
Mimo bliskości drogi noc spokojna, w ciągu kilku godzin przejechało tylko kilka samochodów. O dziwo też wcale nie zmarzłem śpiąc powyżej 4400 metrów w namiocie. Tuż po 6:00 ruszyłem w kierunku miasteczka Ananea i dalej do La Rinconada. Ananea podobnie jak La Rinconada to miasta kopalniane. Ananea jest wręcz otoczona przez liczne wyrobiska. La Rinconada to najwyżej położone miasto w Peru, w Andach oraz w całej Ameryce Południowej. Czy jest to najwyższe miasto Świata, tego już taki pewien nie jestem. Być może gdzieś w Tybecie jest jeszcze wyżej położone. W każdym razie wjechałem na wysokość dokładnie 5101 metrów n.p.m powyżej centrum La Rinconada. Z głównej drogi dojazd do miasta to prawdziwy koszmar. Przejazd przez tereny kopalni wiąże się z mijaniem się co chwilę z ciężarówkami. Na dodatek droga nie jest asfaltowa tylko szutrowo kamienista. Najgorsze były jednak głębokie koleiny oraz wysypisko śmieci które ciągnie się przed La Rinconada przez kilka kilometrów. Górnicze miasto nie ma w sobie żadnego uroku, nawet  Plaza de Armas to zwykły mały skwer z małym posążkiem górnika. Zjazd z La Rinconada tak samo powolny jak podjazd do miasta. W okolicach wioski Pampa Blanco na szesnaim kilometrze drogi PE34L wjechałem powyżej 4900m n.p.m i to może być najwyższa droga asfaltowa w Peru. Potem już tylko łagodny zjazd na rozległej równinie. Nocleg w wiosce Coyata powyżej 4400m n.p.m. Udało mi się zatrzymać w jedynym hospendaje w wiosce, ale najpierw musiałem znaleźć właścicielkę, która prowadziła tiendę parę uliczek dalej. 10zł za mały pokoik bez żadnych wygód.

Dzień 110, 9.02.2019, Coyata – Moho
105km, 16.3śr, 52.7max, 910m w górę, 6h28m, 6-20°C
Nawet z pokoju noc była chłodna. Zamiast nagrywać się ciężkimi kocami wolałem spać w swoim śpiworze. Po piątej pobudka przez piejące koguty i szczekającego psa. Do jeziora Titicaca spodziewałem się zjazdu, a tym czasem było kilka łatwych podjazdów. Niestety musiałem nadrobić 20km i pojechać do miasta Huancane w poszukiwaniu bankomatu. Udało mi się, ale nie bez kłopotów. Bankomat bezprowizyjnego banku Banco de la Nacion był nieczynny, w banku nie mieli dolarów, więc musiałbym wymienić 50$, a aż tyle nie potrzebowałem. Musiałem skorzystać więc z drugiego bankomatu w mieście z prowizją 20zł. Oczywiście kartą w żadnym sklepie zapłacić też nie można było. Jak bym mógł kupić jedzenie na dwa dni płacąc kartą, nie musiałbym wybierać gotówki. Dalsza część dnia z przelotnymi deszczami, kilka razy musiałem się chować. Spodziewałem się płaskiej drogi wzdłuż jeziora Titicaca, a przed miastem Moho czekał mnie podjazd na 4150m n.p.m. Nocleg w tanim i bardzo skromnym hospendaje na samym Plaza de Armas w Moho. W miasteczku była czynna tylko jedna restauracja, więc zamówiłem znane danie w całym Peru czyli Pollo de Brasa (frytki, kawałek kurczaka i sałatka). Chyba najbardziej popularnym daniem jest Caldo de Gallina czyli zupa z makaronem lub ryżem z kurczakiem. Peruwiańczycy jedzą na śniadanie, obiad i kolację często to samo. Ryż, kurczak, rosół z ryżem, makaronem i tak w kółko. W restauracji nie mogłem doprosić się kawy z mlekiem, więc w sklepie obok kupiłem saszetkę rozpuszczalnej i małe mleko w puszce i poprosiłem tylko o wrzątek 🙂 Dzień ostatni dzień i noc w Peru, jutro wjazd do Boliwii…

Dzień 111, 10.02.2019, Moho – Ancomaines
122km, 14.7śr, 1320m w górę, 69.6max, 8h16m, 7-16°C
Noc bardzo deszczowa, całą noc duże krople dudniły o dach. Przed 7:00 byłem już w trasie w kierunki granicy z Boliwią. Spokojna jazda mniej skażonym turystyką,  niekomercyjnym, północnym wybrzeżem jeziora Titicaca. Trochę podjazdów, trochę zjazdów i przez cały dzień zebrało się ponad 1000m przewyższenia. Pierwszy peruwiański punkt migracyjny znajdował się w wiosce Tilali. Oficjalnie tego dnia byłem pierwszym przekraczającym granicę. Pracownik kilka minut wklepywał moje dane w komputer, potem pieczątka wjazdowa w paszport i mogłem jechać dalej do granicy z Boliwią, która znajduje się kilka kilometrów dalej. Z Tilali do granicy są obecnie dwie drogi. Stara, oficjalna, oznaczona na mapach. Ja wybrałem nową, czego potem żałowałem po stronie boliwijskiej. Nowy asfalt w Peru i kamienista drog w Boliwii. Na samej granicy był tylko betonowy słupek, który stał na małej przełęczy powyżej 4000m n.p.m. Boliwijski punkt migracyjny znajduje się na wyjeździe z miasteczka Puetro Acosta. Musiałem się trochę podbijać do małego budynku urzędu. Strażnik miał chyba przerwę bo biuro było zamknięte. Strażnik zadzwonił po kolegę, ten przyszedł kilka minut później i rozpoczęła się procedura wjazdowa do Boliwii. Także kilka minut pisania na komputerze, zdjęcie, wypełnienie formularza migracyjnego i dopiero mogłem jechać dalej. Z Puetro Acosta w głąb Boliwii droga już całkiem dobra. Szeroki, dobrej jakości asfalt z poboczem. Przed wjazdem do Boliwii musiałem zrobić większe zakupy, bo pierwszy bankomat jest dopiero w mieście achacachi, 110km od granicy w Peru. W okolicach skały od nazwie „Śpiący Smok” wjechałem na miałą przełęcz na 4150m, która znajduje się w wiosce Sisasani. Popołudnie zrobiło się bardzo pogodne i ciepłe. Jezioro Titicaca było widoczne na wiele kilometrów w głąb. Pierwsza noc w Boliwii spędzona w namiocie, w małej wiosce za miastem Ancomaines na placu pod zadaszoną ambonką.

Laguna de Parón, Caraz, Ancash – 4164m – 9° 0’14.40″S 77°41’19.30″W z Caraz
Przełęcz – 4300m – 9° 6’9.22″S 77°53’20.55″W – z przed Caraz
Portachuelo de Llanganuco – 4700m / 15,640ft. – 9° 3’1.45″S 77°35’43.72″W – z Yungay
Punta Olimpica – 4900m – 9° 8’0.54″S 77°30’45.19″W – z Tinco
Tunel Kahoish – 4516m – 9°41’21.68″S 77°15’16.51″W – z Catac 110
Ticlio-Pass – 4820m – 11°35’52.95″S 76°11’32.25″W – 22
Hauytapallana – 4560m – 11°57’23.51″S 75° 2’44.26″W – z Huancayo
Machu Picchu (stary szczyt) – najlepiej zachowane miasto Inków – 2475m – 13°9’53.21″S 72°32’42.75″W
Paso Malaga – 4200m – 13° 8’5.76″ S 72°18’42.87″W – 110 z Juliaca

Vilcanota – La Raya – 4.335m
La Rinconada – 5100m.npm – najwyżej położone miasto na Świecie – 14°38’5.04″S 69°26’44.35″W
Titicaca (hiszp. Lago Titicaca) – drugie pod względem wielkości jezioro w Ameryce Południowej

Abra Azuca 5.130m
Abra Loncopata 5.119m
Abra Arcata 5.101m
Abra Huayraccasa 5.059m
Abra Huarcaya 5.057m
Abra Culipampa 5.024m
Abra Quenco 5.020m
Abra Huacullo 5.016m